wtorek, 6 maja 2014

Wyjaśnienia, przejaśnienia i olśnienia. Innymi słowy wstęp.



"Jeśli spędzisz dzień w Indiach, to chcesz napisać o nich książkę, a jeśli pomieszkasz tam przez rok, pojmiesz, że nie masz ani jednego zdania i nie wiesz o nich nic"
dość popularne powiedzenie

Byłem w Indiach. Wróciłem z Indii, napisałem ten pamiętnik bazując na notatkach robionych w trakcie pierwszej podróży po Subkontynencie.
Potem przeczytałem ten pamiętnik.
Ojej.
Chcąc nie chcąc wyszło na to, że Indie to piekło na ziemi, sodoma, gomora, seks, przemoc, grzybica, satanizm, slums, dziura, camera obscura i pieczone kasztany.
W dodatku garam masala, niebiański spokój, krowy i ludzie, tolerancja religijna, motoriksze, symfonia klaksonów i Himalaje.
W Indiach przebywa mniej więcej na stałe Jeden Miliard Hindusów i Jeden Miliard Kolorów – pewnie jakiś specjalista od psychofizjologii widzenia zechce się ze mną spierać, ale ostrzegam lojalnie, że wtedy zapewne zechcę się upierać. Jeden Miliard Kolorów – jak również Jeden Miliard Hindusów – mogą zmęczyć. Nadmiar wrażeń działa zabójczo nawet na zahartowany w bojach organizm.
Byłem już (a właściwie dopiero) na czterech kontynentach, w iluś-tam-dziesięciu krajach, ale takiej mieszanki jak w Indiach nie widziałem jeszcze nigdzie. I szczerze mówiąc nie spodziewam się gdziekolwiek zobaczyć czegoś porównywalnego. Widziałem już wzorzec chaosu, który w jakiś sobie tylko znany sposób wyrwał się z Sevres pod Paryżem i osiadł na stałe nad Gangesem. Teraz mogę już tylko ze spokojem porównywać doń resztę cudownie nieuporządkowanego świata.
Jeden Miliard Kolorów mieni się w oczach. Mami, tumani. Przestrasza? Nie, w Indiach jest spokojnie. Wbrew temu, czym bombardują media (uczciwie trzeba przyznać, że relacji z ekstremizmów indyjskich jest ekstremalnie mało, co potwierdza moją powierzchowną diagnozę) Cudowny brak agresji powoduje cudowny komfort psychiczny. Ahinsa paramo dharma – niestosowanie przemocy jest najwyższym prawem. Indie są prawdopodobnie krajem dość nudnym dla światowych mediów, choć stwierdzenie, że są krajem nudnym, będąc na miejscu, byłoby nie na miejscu.
Czyżby raj? Ech, powiedziałem już przecież: piekło na ziemi, sodoma, gomora, seks, przemoc, grzybica, satanizm, slums, dziura, camera obscura, pieczone kasztany, garam masala, krowy i ludzie, tolerancja religijna, motoriksze, symfonia klaksonów i Himalaje.
Kontrast. Kontrast w postaci kantaty. Kontrast jak poemat. Kontrast – skończone dzieło sztuki.
No i niebiański spokój. Dorastałem do niego przez całe życie, wiedząc, że stoicyzm to piękna postawa i próbując wcielić ją w życie w działaniu (lub tegoż działania braku). Udawało się lepiej lub gorzej. Po wizycie w Indiach jestem praktykiem stoicyzmu. To wielka nagroda.
A gdzie leży prawda? Czy to takie ważne? Jesteście gotowi za nią zginąć? A co z ahinsa paramo dharma? Ech, nie zna życia w wielu jego odcieniach, kto nie widział Jednego Miliarda Kolorów w Indiach.
To nie będzie opowieść człowieka, który spędził kilka lat przemierzając Azję i doszedł do głębi przemyśleń sięgającej dna jeziora Bajkał (aczkolwiek tam też dotarłem. I do dna i do Bajkału). Poniższy pamiętniko-esejnik to ultra-subiektywny zapis spostrzeżeń człowieka w klasycznej dla pewnej grupy społecznej podróży, po staropolsku nazywanej "bagpackerską". Każdy może takową przeżyć, wystarczy nabyć bilet, najpraktyczniej będzie do New Delhi i po prostu krążyć po Subkontynencie.
Roi się tu (nie w Indiach, tylko w moim tychże opisie!) od ironii, ciętych uwag, niepoprawności politycznej i niepoważnego podejścia do świata. Jeżeli komuś lekarz kazał ograniczyć takowe bodźce, proszę czym prędzej zaprzestać lektury.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz