"Jeśli
spędzisz dzień w Indiach, to chcesz napisać o nich książkę,
a jeśli pomieszkasz tam przez rok, pojmiesz, że nie masz ani
jednego zdania i nie wiesz o nich nic"
dość
popularne powiedzenie
Byłem
w Indiach. Wróciłem z Indii, napisałem ten pamiętnik bazując na
notatkach robionych w trakcie pierwszej podróży po Subkontynencie.
Potem
przeczytałem ten pamiętnik.
Ojej.
Chcąc
nie chcąc wyszło na to, że Indie to piekło na ziemi, sodoma,
gomora, seks, przemoc, grzybica, satanizm, slums, dziura, camera
obscura i pieczone kasztany.
W
dodatku garam masala, niebiański spokój, krowy i ludzie, tolerancja
religijna, motoriksze, symfonia klaksonów i Himalaje.
W
Indiach przebywa mniej więcej na stałe Jeden Miliard Hindusów i
Jeden Miliard Kolorów – pewnie jakiś specjalista od
psychofizjologii widzenia zechce się ze mną spierać, ale ostrzegam
lojalnie, że wtedy zapewne zechcę się upierać. Jeden Miliard
Kolorów – jak również Jeden Miliard Hindusów – mogą zmęczyć.
Nadmiar wrażeń działa zabójczo nawet na zahartowany w bojach
organizm.
Byłem
już (a właściwie dopiero) na czterech kontynentach, w
iluś-tam-dziesięciu krajach, ale takiej mieszanki jak w Indiach nie
widziałem jeszcze nigdzie. I szczerze mówiąc nie spodziewam się
gdziekolwiek zobaczyć czegoś porównywalnego. Widziałem już
wzorzec chaosu, który w jakiś sobie tylko znany sposób wyrwał się
z Sevres pod Paryżem i osiadł na stałe nad Gangesem. Teraz mogę
już tylko ze spokojem porównywać doń resztę cudownie
nieuporządkowanego świata.
Jeden
Miliard Kolorów mieni się w oczach. Mami, tumani. Przestrasza? Nie,
w Indiach jest spokojnie. Wbrew temu, czym bombardują media
(uczciwie trzeba przyznać, że relacji z ekstremizmów indyjskich
jest ekstremalnie mało, co potwierdza moją powierzchowną diagnozę)
Cudowny brak agresji powoduje cudowny komfort psychiczny. Ahinsa
paramo dharma – niestosowanie przemocy jest najwyższym prawem.
Indie są prawdopodobnie krajem dość nudnym dla światowych mediów,
choć stwierdzenie, że są krajem nudnym, będąc na miejscu, byłoby
nie na miejscu.
Czyżby
raj? Ech, powiedziałem już przecież: piekło na ziemi, sodoma,
gomora, seks, przemoc, grzybica, satanizm, slums, dziura, camera
obscura, pieczone kasztany, garam masala, krowy i ludzie, tolerancja
religijna, motoriksze, symfonia klaksonów i Himalaje.
Kontrast.
Kontrast w postaci kantaty. Kontrast jak poemat. Kontrast –
skończone dzieło sztuki.
No
i niebiański spokój. Dorastałem do niego przez całe życie,
wiedząc, że stoicyzm to piękna postawa i próbując wcielić ją w
życie w działaniu (lub tegoż działania braku). Udawało się
lepiej lub gorzej. Po wizycie w Indiach jestem praktykiem stoicyzmu.
To wielka nagroda.
A
gdzie leży prawda? Czy to takie ważne? Jesteście gotowi za nią
zginąć? A co z ahinsa paramo dharma? Ech, nie zna życia w wielu
jego odcieniach, kto nie widział Jednego Miliarda Kolorów w
Indiach.
To
nie będzie opowieść człowieka, który spędził kilka lat
przemierzając Azję i doszedł do głębi przemyśleń sięgającej
dna jeziora Bajkał (aczkolwiek tam też dotarłem. I do dna i do
Bajkału). Poniższy pamiętniko-esejnik to ultra-subiektywny zapis
spostrzeżeń człowieka w klasycznej dla pewnej grupy społecznej
podróży, po staropolsku nazywanej "bagpackerską". Każdy
może takową przeżyć, wystarczy nabyć bilet, najpraktyczniej
będzie do New Delhi i po prostu krążyć po Subkontynencie.
Roi
się tu (nie w Indiach, tylko w moim tychże opisie!) od ironii,
ciętych uwag, niepoprawności politycznej i niepoważnego podejścia
do świata. Jeżeli komuś lekarz kazał ograniczyć takowe bodźce,
proszę czym prędzej zaprzestać lektury.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz