środa, 7 maja 2014

1.Dzień, w Którym Nadeszły Demony.



Dopóki nie ujrzymy bogactwa hinduskiego umysłu i jego wrodzonej duchowości – nie zrozumiemy Indii”
Lyn Yutang (chiński pisarz, publicysta, wynalazca i uczony, znany na Zachodzie dzięki przekładom chińskiej klasyki i wpływowym publikacjom o Chinach w języku angielskim. W Polsce raczej nieznany prawdopodobnie z powodu braku przekładów - zarówno z chińskiego, jak i z angielskiego)


Błogosławiony dzień w którym wstąpiłem do piekła.
Błogosławiony? A może przeklęty? To się jeszcze okaże.
Good morning Delhi! Good evening Delhi? Przylecieliśmy z Londynu (zwanego coraz powszechniej i w związku z coraz liczniejszą nową angielską Polonią - coraz słuszniej Lądkiem Zdrojem) późnym wieczorem tudzież wczesnym porankiem – przez różnicę czasu mam problemy z określeniem swojej pozycji w przestrzeni temporalnej. Cokolwiek to znaczy. No właśnie. Używam trudnych wyrazów i odrobinkę zbyt skomplikowanych figur retorycznych. Jestem pobudzony i senny jednocześnie. Witamy w kraju kontrastów.
Nockę spędzamy w nieomal komfortowym, umiarkowanie klimatyzowanym budynku lotniska Indiry Gandhi, gdzie do niespokojnego snu na emaliowanych drucianych fotelach tuli nas niebywale psychodeliczna muzyka sącząca się z dobrze (niestety) ukrytych głośników. Przylecieliśmy we trójkę – rodzina Bleichertów i ja. Rodzina Bleichertów – czyż nie brzmi to co najmniej niepokojąco, żeby nie rzec: arcypoważnie? Ba! A przecież chodzi tylko (tudzież aż) o Artura zwanego Blachą, mojego starego (stażem, nie wiekiem) kumotra, towarzysza wypraw m.in. do Rumunii, Mongolii, Meksyku, że o Mont Blanc, Matterhornie i setkach pomniejszych górek w Polsce, Czechach i na Słowacji nie wspomnę. No i oczywiście o żonę jego, Agnieszkę zwaną Wełną, swego czasu zdobywczynię pucharu Polski we wspinaczce skałkowej i niezgorszą traperkę w niewątpliwie mocnych butach z nożem w plecaku. W zeszłym roku byliśmy razem w Iranie, na mojej pierwszej podróży poślubnej – nieważne, że to oni byli po ślubie, ważne, że podróż się odbyła. Dziś wieczorem/rano przylecieliśmy we trójkę, ale na lotnisku ulegliśmy cudownemu rozmnożeniu i jest nas czwórka – dołączyła do nas Griselda, Meksykanka.

Notabene, skoro o rozmnażaniu mowa, to Gryzelda jest całkiem niczego (a nawet czego) i chętnie zawieszam oko, przytulam się (niby) przez sen, jednym słowem – korzystam z okazji. Grzeszę myślą czy tylko myślę, że grzeszę? Oj, grzeszę – w końcu jestem Grzechem, no nie? I to na dodatek śmiertelnym. Nie jestem za to subiektywnym i anonimowym dziennikarzem, który ukrywa się za swoim felietonem - niestety, wszystko przechodzi przez pryzmat osoby, egocentrycznie - przeze mnie. A kara za grzechy Grzecha już czeka – choć jeszcze nie zdaję sobie sprawy, że piekło jest tak blisko. Tak naprawdę to moje korzystanie z okazji polega przede wszystkim na pokonwersowaniu po hiszpańsku, bo Gris słabo abla po angielsku, a najwyraźniej lubi sobie pogadać. Poza tym akurat mocno potrzebuje. Posłucham, czemu nie? Mówi, że boi się siedzieć sama, że rozminęła się z koleżanką i ogólnie nastrój jej siadł. Mówi i mówi… W ramach wspomnianej konwersacji przypominam sobie co jakąś dłuższą chwilę formy pytające w gramatyce hiszpańskiej i staram się ich używać. Jakoś to idzie. Aga też zna hiszpański, i w dodatku ma roaming (to taki wyraz nie po hiszpańsku, którego nie rozumiem), więc pomaga Meksykance w odnalezieniu koleżanki – w globalnej wiosce z telefonem komórkowym w dłoni nie jest to takie trudne. Rankiem wynurzamy się z chłodnych, sterylnych i bezpiecznych murów Terminalu Drugiego i patrzymy na prawdziwy świat. Dookoła stolica Indii.
Piekło.






Próba opisu hałasu, tłoku, zapachu i innych wrażeń zmysłowych wykracza poza plastyczne zdolności mojego pióra – tak jak i Delhi samo w sobie wykracza poza moje wcześniejsze doświadczenia z cywilizacjami azjatyckimi, marokańskimi i meksykańskimi. Będąc w stolicy Iranu stwierdziliśmy, że Teheran to taki Meksyk, że Ułan Bator się chowa – ale Delhi to chyba trzy w jednym. Promocja, niech to szlag…
Póki co, dojeżdżamy autobusem do dworca kolejowego New Delhi. Jest gorąco, jest głośno, zapach odurza, zaburza, uderza, zraża, poraża. Mistrz Ryszard Kapuściński pisał, że w upale łatwiej puszczają nerwy, że czasami w zabójczym gorącu trudno powstrzymać się przed wszelkiego rodzaju odruchami, mogącymi przedstawić nas później w świetle zdecydowanie niekorzystnym. Mam to w pamięci i z całej siły próbuję zachować spokój.
Chcąc nie chcąc właśnie rozpocząłem moje finałowe szkolenie na mistrza Jedi–Jogi albo innych popkulturowo – religijnych zakonów promujących stoicyzm, niebiański spokój, boską cierpliwość i inne mądre postawy w stosunku do otaczającego świata. Otaczającego w coraz szybszym tempie.
Zapragnąłem stać się swami, co w sanskrycie oznacza człowieka, który posiadł wiedzę i doszedł do mistrzostwa w panowaniu nad samym sobą. Czasami trudniej zapanować nad samym sobą niż nad otaczającym tłumem.
A dookoła Jeden Miliard Hindusów próbujących bezustannie sprowokować mnie do wybuchu. „Riksza?!” „Taxi?!” „Bakszysz!!!” „Marihuana?” „Haszysz?” „Herbata?” „Kup bębenek!”, „Kup chusteczkę!” „Kup cegłę!”. Nie. Spokojnie, jednym gestem, wyrazistym spojrzeniem, dosadnie. Nie. Tytuł mistrzowski w kieszeni? Nie.
Mówi się potocznie acz niewątpliwie słusznie, iż podróże kształcą. Z wzrastającego z wiekiem doświadczenia wiem jednak, że lepiej wykształcić się przed podróżą, tak na wszelki wypadek. Teraz to wiem… Mądry Polak po. A wcześniej ufny i pozytywnie nastawiony do wyciągniętej, wydawałoby się, w geście pomocy, dłoni. Później przeczytaliśmy w przewodniku, że to, co nam się przydarzyło, to stara sztuczka i nie wolno się na nią nabrać. Później… Czy lepiej późno niż wcale, to kwestia raczej sporna w tym przypadku. W każdym razie w przewodniku nie napisali wszystkiego… (wśród tych powtarzających się nieustannie trzech kropek gra muzyka, powiedzmy sobie w tonacji d – mol, odrzucona przez reżysera horrorów klasy d - mol jako zbyt przerażająca)
Ten taksówkarz powiedział, że biuro informacji turystycznej na dworcu jest w remoncie, ale on zawiezie nas do oficjalnego biura informacji turystycznej w mieście, nie ma problemu i w dodatku niedrogo. Cóż. Szok termiczny, szok kulturowy i szok cenowy robią swoje – przytępiamy ostrożność i jedziemy.
A w oficjalnym biurze informacji turystycznej był On. Czarniawy, chudy, w białej koszuli, czarnych spodniach na kant i błyszczących lakierkach. „Dokąd jedziecie?” – zapytał chrapliwie sykliwym, przedzierającym się niewyraźnie przez wyraźnie zniszczone oskrzela głosem. „Do Uttaranchal” – odpowiedzieliśmy – „Na trekking Rup Kund. Wie pan coś o autobusach, pociągach?”. „Dlaczego nie do Ladakhu?” – zapytał On. „Bo mamy w planie Uttaranchal, wie pan coś o pociągach albo autobusach do Dehra Dun albo Rishikesh?”. „Ale Ladakh jest najlepszy na trekking”. „Ale my chcemy jechać do Uttaranchal. Chcielibyśmy się dowiedzieć o jakieś pociągi albo autobusy do Dehra Dun albo Rishikesh, jeśli pan tak uprzejmy”. Zdaje się, że jeszcze wtedy wierzyliśmy, że On udzieli nam jakiejś informacji. Jeszcze tylko przez chwilę. „Pociągi są przepełnione, autobusy jeżdżą, albo i nie jeżdżą, nigdy nie wiadomo, ale mogę załatwić wam terenowe auto za 50 Euro od głowy. Najlepiej do Ladakhu. Poza tym dworzec, z którego nie ma autobusów jest 30 kilometrów stąd a pociągi, powtarzam, są przepełnione”.
W moim prywatnym wyobrażeniu piekło nie wygląda bynajmniej jak na obrazach Memlinga czy Boscha. Raczej jak na zdjęciach z katalogu ze sterylnymi meblami biurowymi. Takie subiektywne spojrzenie – podobnie jak Sybirak wchodząc do piekła krzyknął zrzucając kufajkę i walonki: „Jestem w niebie!”. „Nie nie” – uświadomił go uprzejmie rogaty odźwierny – „Jesteś w piekle”. „A co ty tam wiesz?” – mruknął Sybirak, z wyraźnym zadowoleniem ogrzewając dłonie nad pełnym smoły kotłem – „Byłeś kiedyś na Kamczatce?”. Oficjalne biuro turystyczne w Delhi – ze swoimi fotelikami i automatem z wodą w kącie stało się dla mnie w jednej chwili gabinetem władcy piekieł, którego urzędnik, Sługa Mamony Władca Kantów Mamiciel Naiwnych (ogólną aparycją przypominał Ala Pacino alias Johna Miltona z „Adwokata Diabła”), próbował przekonać nas do skorzystania z jego usług. W reakcji obronnej podświadomie użyłem sarkazmu – ech te satyryczne nawyki... Zapytałem z łatwo odczytywalnym kpiącym zabarwieniem emocjonalnym, czy jest absolutnie pewien, że ów nieistniejący dworzec jest aż 30 km stąd, skoro na mapie wydaje się leżeć całkiem blisko. Uh, to go rozwścieczyło – zaczął krzyczeć, że on wie lepiej niż ta cholerna mapa, która go nie obchodzi, że skoro jestem w Indiach, to powinienem szanować Hindusów, że mam natychmiast przeprosić za swoją impertynencję! Co prawda miałem ochotę wbić mu czekan w biurko, o ile nie w inną część ciała, ale opanowałem się i przeprosiłem.
To kolokwium z niebiańskiego spokoju zaliczyłem doprawdy celująco. Czekan tkwił przytroczony do plecaka i nie wyrwał się ani razu. Czy dobrze jest tak tłumić naturalne odruchy?
Potem nastąpiła kolejna próba obłaskawienia Sługi Mamony Władcy Kantów Mamiciela Naiwnych. „To jak dojechać do tego dworca?”. „Nie mam wam już nic do powiedzenia!” – warknął demon. Wyszliśmy z biurowej przegródki. W przegródce naprzeciwko Griselda samotnie stawiała czoła drugiemu Słudze Mamony Władcy Kantów Mamicielowi Naiwnych. Okazało się, że dała się naciągnąć. Pożegnaliśmy się. Szkoda, że nie pojechała z nami. Dała się omamić piekielnym oszustom…
Wyszliśmy z piekła – z ulgą odetchnąłem gorącym smogiem i wsłuchałem się w uspokajający harmider silników, klaksonów i ludzkich głosów. Ten sam taksówkarz, który nas przywiózł, miał odwieźć nas na dworzec. Wsiedliśmy. Po pięćdziesięciu metrach busik zatrzymał się a taksówkarz zaczął brawurowo odgrywać rolę zatroskanego właściciela samochodu, w którego baku skończyła się właśnie benzyna. Oscarowa kreacja niemalże, jakże przekonująca. Wysiedliśmy, żeby popatrzeć jak członek szatańskiej mafii odjeżdża spokojnie i na lekko w poszukiwaniu kolejnych ofiar.
Przez drogę przebiegł czarny jak smoła Behemot.
Myślę, że ciekawą byłaby nowa wersja "Mistrza i Małgorzaty", rozgrywająca się w realiach New Delhi. Są powody, by przypuszczać, że Woland i jego świta nie zdążyliby namieszać w mieście, prędzej miasto namieszałoby w ich głowach.
Zwłaszcza, że tutaj mało kto wierzy w piekło po śmierci. Skoro ma się to na co dzień, w życiu wiecznym to żadna atrakcja ani nawet kara.
Na dworzec dojechaliśmy metrem – paradoksalnie chyba najlepszym metrem, z jakiego dotąd korzystałem (nawet moskiewskie marmury nie robią wrażenia przy nowoczesnej delhijskiej klimatyzacji i tych samych marmurach, z których powstał Taj Mahal!). Co prawda przy wejściu przeżyliśmy porównywalną niemal z lotniskową kontrolę bagaży (czekany trzeba było wmontować w plecaki w sposób nie kłujący w oczy ni w inne narządy zewnętrzne), ale owe rzekome 30 km do dworca Old Delhi pokonaliśmy w komfortowych warunkach w jakieś 10 minut.
Kontrole mają zapobiec ewentualnym atakom terrorystycznym. Oczywiście i niewątpliwie szkoda tak świetnego nowego metra.
Pytanie wdziera się do mojego rozgrzanego mózgu - czy można żartować ze światowego terroryzmu? Czy to temat tabu? Czy Talib mówiący do taksówkarza: "proszę mnie wysadzić pod ambasadą USA" może śmieszyć?
Trzeba spytać jakiegoś Taliba. Brnąc w tę dygresję - podobno Afgańczykom jako narodowi uczyniono największą z możliwych krzywd podczas wielu rozgrywanych tam wojen - pozbawiono ich poczucia humoru.
No to jak, można żartować sobie z wojen i światowego terroryzmu, czy nie? Póki żaden autorytet tego nie rozstrzygnie, pozostanę sobą i uczczę amputowany humor Afgańczyków minutą ciszy. Na poważnie. I dodam wierszyk, poniekąd autoironiczny. Jestem w końcu poetą, taki zawód wpisuję w okazyjnie podsuwanych mi papierach z taką rubryką. Bycie poetą zobowiązuje. Podobno poeta, to ktoś, kto nie ma zdrowia napisać książki prozą. Podobno prozaik to poeta, który nie potrafi za dobrze pisać. Tak sobie dogadują frakcje literatury pięknej. A co na to dramaturdzy? Ja, jako turysta, na to to oto:

Dywagacje biurowego Tarzana”

Jerzy nad morze, Grześ na pogórze
Marzena – żagle gdzieś na jeziorze
Za to ja spędzam wakacje w biurze
Wierząc naiwnie – mogło być gorzej

Mogłem być w kurzem zawianej dziurze
Z grzybem na ścianach, z dala od zdarzeń
Na szczęście spędzam wakacje w biurze
Nie leczę twarzy swojej z oparzeń

W naturze wichry są tudzież burze
Przerażająca możność zakażeń
Cóż, ja wakacje swe spędzam w biurze
Tu mnie skutecznie wyleczą z marzeń

A może ciutkę wcześniej się wkurzę?
Rzucę to wszystko by czuć, że żyję?
Świeżym powietrzem płuca odurzę
w biurze niejeden Tarzan się kryje


Po spotkaniu z demonami wszystko było łatwiejsze – fakt, że pociągu na północ akurat nie było (a może był, ale nie udało nam się go znaleźć w zakamarkach dworca) ale znaleźliśmy za to autobus do Haridwar. Oczywiście wyjechał z mniej więcej dwugodzinnym opóźnieniem, oczywiście wlókł się niemiłosiernie, ale mimo wszystko podążaliśmy na północ. W Haridwar wylądowaliśmy wieczorem – po siedmiogodzinnym pokonywaniu mniej więcej dwustu kilometrów. Ale od czego jest się przyszłym mistrzem Jedi–Jogi? Przecież nie od tego, żeby się denerwować powolną podróżą, prawda?
Zdaje się, że Blacha i Wełna chcą uprzyjemnić mi podróż i tej nocy znów mam towarzystwo – tym razem Szwajcarkę, niejaką Heidi z Lucerny. Heidi jest zafascynowana tutejszymi materiałami, kolorami i chce się nauczyć wszystkiego, co związane z barwieniem tkanin, szyciem i ogólnym krawiectwem. Z konieczności – choć zdecydowanie bez entuzjazmu, Heidi dzieli z nami pokój w hotelu Sunita. Trudno mówić o entuzjazmie, skoro do dyspozycji na naszą czwórkę mamy duże co prawda, ale tylko jedno łóżko. To znaczy mnie tam taka sytuacja nie przeszkadza, jestem jeszcze kawalerem i mogę sobie pozwolić na spanie tam, gdzie mnie noc zastanie. Heidi marudzi, walczy w niej solidne i wygodne szwajcarskie nastawienie do rzeczywistości z podróżniczym luzem i koniecznością przystosowania się do warunków.
Nie przestrzegając zasady "Nie sądźcie abyście nie byli sądzeni", jednogłośnie i po polsku stwierdzamy, że Heidi jest dziwna – wydaje się być jedną z co najwyżej czterech przedstawicielek przeczystej Szwajcarii, które chodzą na bosaka – i to na dodatek w Azji. Jednak, że jest dziwna uznajemy przede wszystkim dlatego, że przyjechała do Indii drugi raz, po spędzeniu tu wcześniej aż pół roku.
To prawda, nasze przysłowiowe „pierwsze wrażenie” jest piekielnie tendencyjne. Piekielnie to słowo klucz. Demony są wszędzie. Błogosławiony dzień, w którym wstąpiłem do piekła! Oto prawdziwy test boskiej cierpliwości, szkoła życia, kurs przetrwania. Jeżeli tutaj nie nauczę się tych przydatnych cnót, to nigdzie indziej mi się to z pewnością nie uda.
Strzeż się, Jeden Miliardzie Hindusów, nadchodzę! Idzie też Blacha z żoną! Demony i anioły… kto jest kto? I gdzie w tym wszystkim człowieczeństwo? Ech, na filozofię mi się zebrało. Podróże kształcą. Podróże męczą. Warto by się wreszcie wyspać. Heidi, przestań chrapać!







1 komentarz: