„Dopóki nie ujrzymy bogactwa
hinduskiego umysłu i jego wrodzonej duchowości – nie zrozumiemy
Indii”
Lyn
Yutang (chiński pisarz, publicysta, wynalazca i uczony, znany na
Zachodzie dzięki przekładom chińskiej klasyki i wpływowym
publikacjom o Chinach w języku angielskim. W Polsce raczej
nieznany prawdopodobnie z powodu braku przekładów - zarówno z
chińskiego, jak i z angielskiego)
Błogosławiony
dzień w którym wstąpiłem do piekła.
Błogosławiony?
A może przeklęty? To się jeszcze okaże.
Good
morning Delhi! Good evening Delhi? Przylecieliśmy z Londynu (zwanego
coraz powszechniej i w związku z coraz liczniejszą nową angielską
Polonią - coraz słuszniej Lądkiem Zdrojem) późnym wieczorem
tudzież wczesnym porankiem – przez różnicę czasu mam problemy z
określeniem swojej pozycji w przestrzeni temporalnej. Cokolwiek to
znaczy. No właśnie. Używam trudnych wyrazów i odrobinkę zbyt
skomplikowanych figur retorycznych. Jestem pobudzony i senny
jednocześnie. Witamy w kraju kontrastów.
Nockę
spędzamy w nieomal komfortowym, umiarkowanie klimatyzowanym budynku
lotniska Indiry Gandhi, gdzie do niespokojnego snu na emaliowanych
drucianych fotelach tuli nas niebywale psychodeliczna muzyka sącząca
się z dobrze (niestety) ukrytych głośników. Przylecieliśmy we
trójkę – rodzina Bleichertów i ja. Rodzina Bleichertów – czyż
nie brzmi to co najmniej niepokojąco, żeby nie rzec: arcypoważnie?
Ba! A przecież chodzi tylko (tudzież aż) o Artura zwanego Blachą,
mojego starego (stażem, nie wiekiem) kumotra, towarzysza wypraw
m.in. do Rumunii, Mongolii, Meksyku, że o Mont Blanc, Matterhornie i
setkach pomniejszych górek w Polsce, Czechach i na Słowacji nie
wspomnę. No i oczywiście o żonę jego, Agnieszkę zwaną Wełną,
swego czasu zdobywczynię pucharu Polski we wspinaczce skałkowej i
niezgorszą traperkę w niewątpliwie mocnych butach z nożem w
plecaku. W zeszłym roku byliśmy razem w Iranie, na mojej pierwszej
podróży poślubnej – nieważne, że to oni byli po ślubie,
ważne, że podróż się odbyła. Dziś wieczorem/rano
przylecieliśmy we trójkę, ale na lotnisku ulegliśmy cudownemu
rozmnożeniu i jest nas czwórka – dołączyła do nas Griselda,
Meksykanka.
Notabene,
skoro o rozmnażaniu mowa, to Gryzelda jest całkiem niczego (a nawet
czego) i chętnie zawieszam oko, przytulam się (niby) przez sen,
jednym słowem – korzystam z okazji. Grzeszę myślą czy tylko
myślę, że grzeszę? Oj, grzeszę – w końcu jestem Grzechem, no
nie? I to na dodatek śmiertelnym. Nie jestem za to subiektywnym i
anonimowym dziennikarzem, który ukrywa się za swoim felietonem -
niestety, wszystko przechodzi przez pryzmat osoby, egocentrycznie -
przeze mnie. A kara za grzechy Grzecha już czeka – choć jeszcze
nie zdaję sobie sprawy, że piekło jest tak blisko. Tak naprawdę
to moje korzystanie z okazji polega przede wszystkim na
pokonwersowaniu po hiszpańsku, bo Gris słabo abla po angielsku, a
najwyraźniej lubi sobie pogadać. Poza tym akurat mocno potrzebuje.
Posłucham, czemu nie? Mówi, że boi się siedzieć sama, że
rozminęła się z koleżanką i ogólnie nastrój jej siadł. Mówi
i mówi… W ramach wspomnianej konwersacji przypominam sobie co
jakąś dłuższą chwilę formy pytające w gramatyce hiszpańskiej
i staram się ich używać. Jakoś to idzie. Aga też zna hiszpański,
i w dodatku ma roaming (to taki wyraz nie po hiszpańsku, którego
nie rozumiem), więc pomaga Meksykance w odnalezieniu koleżanki –
w globalnej wiosce z telefonem komórkowym w dłoni nie jest to takie
trudne. Rankiem wynurzamy się z chłodnych, sterylnych i
bezpiecznych murów Terminalu Drugiego i patrzymy na prawdziwy świat.
Dookoła stolica Indii.
Piekło.
Próba
opisu hałasu, tłoku, zapachu i innych wrażeń zmysłowych wykracza
poza plastyczne zdolności mojego pióra – tak jak i Delhi samo w
sobie wykracza poza moje wcześniejsze doświadczenia z cywilizacjami
azjatyckimi, marokańskimi i meksykańskimi. Będąc w stolicy Iranu
stwierdziliśmy, że Teheran to taki Meksyk, że Ułan Bator się
chowa – ale Delhi to chyba trzy w jednym. Promocja, niech to szlag…
Póki
co, dojeżdżamy autobusem do dworca kolejowego New Delhi. Jest
gorąco, jest głośno, zapach odurza, zaburza, uderza, zraża,
poraża. Mistrz Ryszard Kapuściński pisał, że w upale łatwiej
puszczają nerwy, że czasami w zabójczym gorącu trudno powstrzymać
się przed wszelkiego rodzaju odruchami, mogącymi przedstawić nas
później w świetle zdecydowanie niekorzystnym. Mam to w pamięci i
z całej siły próbuję zachować spokój.
Chcąc
nie chcąc właśnie rozpocząłem moje finałowe szkolenie na
mistrza Jedi–Jogi albo innych popkulturowo – religijnych zakonów
promujących stoicyzm, niebiański spokój, boską cierpliwość i
inne mądre postawy w stosunku do otaczającego świata. Otaczającego
w coraz szybszym tempie.
Zapragnąłem
stać się swami, co w sanskrycie oznacza człowieka, który posiadł
wiedzę i doszedł do mistrzostwa w panowaniu nad samym sobą.
Czasami trudniej zapanować nad samym sobą niż nad otaczającym
tłumem.
A
dookoła Jeden Miliard Hindusów próbujących bezustannie
sprowokować mnie do wybuchu. „Riksza?!” „Taxi?!”
„Bakszysz!!!” „Marihuana?” „Haszysz?” „Herbata?” „Kup
bębenek!”, „Kup chusteczkę!” „Kup cegłę!”. Nie.
Spokojnie, jednym gestem, wyrazistym spojrzeniem, dosadnie. Nie.
Tytuł mistrzowski w kieszeni? Nie.
Mówi
się potocznie acz niewątpliwie słusznie, iż podróże kształcą.
Z wzrastającego z wiekiem doświadczenia wiem jednak, że lepiej
wykształcić się przed podróżą, tak na wszelki wypadek. Teraz to
wiem… Mądry Polak po. A wcześniej ufny i pozytywnie nastawiony do
wyciągniętej, wydawałoby się, w geście pomocy, dłoni. Później
przeczytaliśmy w przewodniku, że to, co nam się przydarzyło, to
stara sztuczka i nie wolno się na nią nabrać. Później… Czy
lepiej późno niż wcale, to kwestia raczej sporna w tym przypadku.
W każdym razie w przewodniku nie napisali wszystkiego… (wśród
tych powtarzających się nieustannie trzech kropek gra muzyka,
powiedzmy sobie w tonacji d – mol, odrzucona przez reżysera
horrorów klasy d - mol jako zbyt przerażająca)
Ten
taksówkarz powiedział, że biuro informacji turystycznej na dworcu
jest w remoncie, ale on zawiezie nas do oficjalnego biura informacji
turystycznej w mieście, nie ma problemu i w dodatku niedrogo. Cóż.
Szok termiczny, szok kulturowy i szok cenowy robią swoje –
przytępiamy ostrożność i jedziemy.
A
w oficjalnym biurze informacji turystycznej był On. Czarniawy,
chudy, w białej koszuli, czarnych spodniach na kant i błyszczących
lakierkach. „Dokąd jedziecie?” – zapytał chrapliwie sykliwym,
przedzierającym się niewyraźnie przez wyraźnie zniszczone
oskrzela głosem. „Do Uttaranchal” – odpowiedzieliśmy – „Na
trekking Rup Kund. Wie pan coś o autobusach, pociągach?”.
„Dlaczego nie do Ladakhu?” – zapytał On. „Bo mamy w planie
Uttaranchal, wie pan coś o pociągach albo autobusach do Dehra Dun
albo Rishikesh?”. „Ale Ladakh jest najlepszy na trekking”. „Ale
my chcemy jechać do Uttaranchal. Chcielibyśmy się dowiedzieć o
jakieś pociągi albo autobusy do Dehra Dun albo Rishikesh, jeśli
pan tak uprzejmy”. Zdaje się, że jeszcze wtedy wierzyliśmy, że
On udzieli nam jakiejś informacji. Jeszcze tylko przez chwilę.
„Pociągi są przepełnione, autobusy jeżdżą, albo i nie jeżdżą,
nigdy nie wiadomo, ale mogę załatwić wam terenowe auto za 50 Euro
od głowy. Najlepiej do Ladakhu. Poza tym dworzec, z którego nie ma
autobusów jest 30 kilometrów stąd a pociągi, powtarzam, są
przepełnione”.
W
moim prywatnym wyobrażeniu piekło nie wygląda bynajmniej jak na
obrazach Memlinga czy Boscha. Raczej jak na zdjęciach z katalogu ze
sterylnymi meblami biurowymi. Takie subiektywne spojrzenie –
podobnie jak Sybirak wchodząc do piekła krzyknął zrzucając
kufajkę i walonki: „Jestem w niebie!”. „Nie nie” –
uświadomił go uprzejmie rogaty odźwierny – „Jesteś w piekle”.
„A co ty tam wiesz?” – mruknął Sybirak, z wyraźnym
zadowoleniem ogrzewając dłonie nad pełnym smoły kotłem –
„Byłeś kiedyś na Kamczatce?”. Oficjalne biuro turystyczne w
Delhi – ze swoimi fotelikami i automatem z wodą w kącie stało
się dla mnie w jednej chwili gabinetem władcy piekieł, którego
urzędnik, Sługa Mamony Władca Kantów Mamiciel Naiwnych (ogólną
aparycją przypominał Ala Pacino alias Johna Miltona z „Adwokata
Diabła”), próbował przekonać nas do skorzystania z jego usług.
W reakcji obronnej podświadomie użyłem sarkazmu – ech te
satyryczne nawyki... Zapytałem z łatwo odczytywalnym kpiącym
zabarwieniem emocjonalnym, czy jest absolutnie pewien, że ów
nieistniejący dworzec jest aż 30 km stąd, skoro na mapie wydaje
się leżeć całkiem blisko. Uh, to go rozwścieczyło – zaczął
krzyczeć, że on wie lepiej niż ta cholerna mapa, która go nie
obchodzi, że skoro jestem w Indiach, to powinienem szanować
Hindusów, że mam natychmiast przeprosić za swoją impertynencję!
Co prawda miałem ochotę wbić mu czekan w biurko, o ile nie w inną
część ciała, ale opanowałem się i przeprosiłem.
To
kolokwium z niebiańskiego spokoju zaliczyłem doprawdy celująco.
Czekan tkwił przytroczony do plecaka i nie wyrwał się ani razu.
Czy dobrze jest tak tłumić naturalne odruchy?
Potem
nastąpiła kolejna próba obłaskawienia Sługi Mamony Władcy
Kantów Mamiciela Naiwnych. „To jak dojechać do tego dworca?”.
„Nie mam wam już nic do powiedzenia!” – warknął demon.
Wyszliśmy z biurowej przegródki. W przegródce naprzeciwko Griselda
samotnie stawiała czoła drugiemu Słudze Mamony Władcy Kantów
Mamicielowi Naiwnych. Okazało się, że dała się naciągnąć.
Pożegnaliśmy się. Szkoda, że nie pojechała z nami. Dała się
omamić piekielnym oszustom…
Wyszliśmy
z piekła – z ulgą odetchnąłem gorącym smogiem i wsłuchałem
się w uspokajający harmider silników, klaksonów i ludzkich
głosów. Ten sam taksówkarz, który nas przywiózł, miał odwieźć
nas na dworzec. Wsiedliśmy. Po pięćdziesięciu metrach busik
zatrzymał się a taksówkarz zaczął brawurowo odgrywać rolę
zatroskanego właściciela samochodu, w którego baku skończyła się
właśnie benzyna. Oscarowa kreacja niemalże, jakże przekonująca.
Wysiedliśmy, żeby popatrzeć jak członek szatańskiej mafii
odjeżdża spokojnie i na lekko w poszukiwaniu kolejnych ofiar.
Przez
drogę przebiegł czarny jak smoła Behemot.
Myślę,
że ciekawą byłaby nowa wersja "Mistrza i Małgorzaty",
rozgrywająca się w realiach New Delhi. Są powody, by przypuszczać,
że Woland i jego świta nie zdążyliby namieszać w mieście,
prędzej miasto namieszałoby w ich głowach.
Zwłaszcza,
że tutaj mało kto wierzy w piekło po śmierci. Skoro ma się to
na co dzień, w życiu wiecznym to żadna atrakcja ani nawet kara.
Na
dworzec dojechaliśmy metrem – paradoksalnie chyba najlepszym
metrem, z jakiego dotąd korzystałem (nawet moskiewskie marmury nie
robią wrażenia przy nowoczesnej delhijskiej klimatyzacji i tych
samych marmurach, z których powstał Taj Mahal!). Co prawda przy
wejściu przeżyliśmy porównywalną niemal z lotniskową kontrolę
bagaży (czekany trzeba było wmontować w plecaki w sposób nie
kłujący w oczy ni w inne narządy zewnętrzne), ale owe rzekome 30
km do dworca Old Delhi pokonaliśmy w komfortowych warunkach w jakieś
10 minut.
Kontrole
mają zapobiec ewentualnym atakom terrorystycznym. Oczywiście i
niewątpliwie szkoda tak świetnego nowego metra.
Pytanie
wdziera się do mojego rozgrzanego mózgu - czy można żartować ze
światowego terroryzmu? Czy to temat tabu? Czy Talib mówiący do
taksówkarza: "proszę mnie wysadzić pod ambasadą USA"
może śmieszyć?
Trzeba
spytać jakiegoś Taliba. Brnąc w tę dygresję - podobno
Afgańczykom jako narodowi uczyniono największą z możliwych krzywd
podczas wielu rozgrywanych tam wojen - pozbawiono ich poczucia
humoru.
No
to jak, można żartować sobie z wojen i światowego terroryzmu, czy
nie? Póki żaden autorytet tego nie rozstrzygnie, pozostanę sobą i
uczczę amputowany humor Afgańczyków minutą ciszy. Na poważnie. I
dodam wierszyk, poniekąd autoironiczny. Jestem w końcu poetą, taki
zawód wpisuję w okazyjnie podsuwanych mi papierach z taką rubryką.
Bycie poetą zobowiązuje. Podobno poeta, to ktoś, kto nie ma
zdrowia napisać książki prozą. Podobno prozaik to poeta, który
nie potrafi za dobrze pisać. Tak sobie dogadują frakcje literatury
pięknej. A co na to dramaturdzy? Ja, jako turysta, na to to oto:
„Dywagacje
biurowego Tarzana”
Jerzy
nad morze, Grześ na pogórze
Marzena
– żagle gdzieś na jeziorze
Za
to ja spędzam wakacje w biurze
Wierząc
naiwnie – mogło być gorzej
Mogłem
być w kurzem zawianej dziurze
Z
grzybem na ścianach, z dala od zdarzeń
Na
szczęście spędzam wakacje w biurze
Nie
leczę twarzy swojej z oparzeń
W
naturze wichry są tudzież burze
Przerażająca
możność zakażeń
Cóż,
ja wakacje swe spędzam w biurze
Tu
mnie skutecznie wyleczą z marzeń
A
może ciutkę wcześniej się wkurzę?
Rzucę
to wszystko by czuć, że żyję?
Świeżym
powietrzem płuca odurzę
… w
biurze niejeden Tarzan się kryje
Po
spotkaniu z demonami wszystko było łatwiejsze – fakt, że pociągu
na północ akurat nie było (a może był, ale nie udało nam się
go znaleźć w zakamarkach dworca) ale znaleźliśmy za to autobus
do Haridwar. Oczywiście wyjechał z mniej więcej dwugodzinnym
opóźnieniem, oczywiście wlókł się niemiłosiernie, ale mimo
wszystko podążaliśmy na północ. W Haridwar wylądowaliśmy
wieczorem – po siedmiogodzinnym pokonywaniu mniej więcej dwustu
kilometrów. Ale od czego jest się przyszłym mistrzem Jedi–Jogi?
Przecież nie od tego, żeby się denerwować powolną podróżą,
prawda?
Zdaje
się, że Blacha i Wełna chcą uprzyjemnić mi podróż i tej nocy
znów mam towarzystwo – tym razem Szwajcarkę, niejaką Heidi z
Lucerny. Heidi jest zafascynowana tutejszymi materiałami, kolorami i
chce się nauczyć wszystkiego, co związane z barwieniem tkanin,
szyciem i ogólnym krawiectwem. Z konieczności – choć
zdecydowanie bez entuzjazmu, Heidi dzieli z nami pokój w hotelu
Sunita. Trudno mówić o entuzjazmie, skoro do dyspozycji na naszą
czwórkę mamy duże co prawda, ale tylko jedno łóżko. To znaczy
mnie tam taka sytuacja nie przeszkadza, jestem jeszcze kawalerem i
mogę sobie pozwolić na spanie tam, gdzie mnie noc zastanie. Heidi
marudzi, walczy w niej solidne i wygodne szwajcarskie nastawienie do
rzeczywistości z podróżniczym luzem i koniecznością
przystosowania się do warunków.
Nie
przestrzegając zasady "Nie sądźcie abyście nie byli
sądzeni", jednogłośnie i po polsku stwierdzamy, że Heidi
jest dziwna – wydaje się być jedną z co najwyżej czterech
przedstawicielek przeczystej Szwajcarii, które chodzą na bosaka –
i to na dodatek w Azji. Jednak, że jest dziwna uznajemy przede
wszystkim dlatego, że przyjechała do Indii drugi raz, po spędzeniu
tu wcześniej aż pół roku.
To
prawda, nasze przysłowiowe „pierwsze wrażenie” jest piekielnie
tendencyjne. Piekielnie to słowo klucz. Demony są wszędzie.
Błogosławiony dzień, w którym wstąpiłem do piekła! Oto
prawdziwy test boskiej cierpliwości, szkoła życia, kurs
przetrwania. Jeżeli tutaj nie nauczę się tych przydatnych cnót,
to nigdzie indziej mi się to z pewnością nie uda.
Strzeż
się, Jeden Miliardzie Hindusów, nadchodzę! Idzie też Blacha z
żoną! Demony i anioły… kto jest kto? I gdzie w tym wszystkim
człowieczeństwo? Ech, na filozofię mi się zebrało. Podróże
kształcą. Podróże męczą. Warto by się wreszcie wyspać. Heidi,
przestań chrapać!
Przeczytałam, wchłonęłam. Czekam na ciąg dalszy! :)
OdpowiedzUsuń