„Wegetarianie
są wszystkiemu winni: gdyby Adam i Ewa nie zjedli jabłka,
siedzielibyśmy do tej pory w raju”
Peter
Ustinow (aktor, dramaturg i reżyser brytyjski, znany wszem i
wobec z powodu popkultury a zwłaszcza roli Nerona w ekranizacji "Quo
Vadis")
Jednego
dnia budzę się u boku Meksykanki, drugiego u boku Szwajcarki…
Obywatel świata, żeby nie rzec człowiek renesansu.
Haridwar
jest generalnie niemal tak samo tłoczny i hałaśliwy jak Delhi.
Zresztą na dobrą sprawę, to po wyjeździe ze stolicy ani na chwilę
nie zniknęła nam z oczu przydrożna cywilizacja, więc nie wiadomo,
w którym momencie skończyło się Delhi a zaczęło coś innego. A
może Delhi nigdy się nie kończy? Są takie przypadki. Cóż, Jeden
Miliard Hindusów to nie przelewki.
A’propos
przelewek: śniadanie w South Indian Fast Food. Prawdopodobnie
Hindusi myślą, że hasło „Fast Food” kojarzy się wszelakiej
maści Białasom ze wszech miar pozytywnie. Hm, nas przyciągnęli –
po spacerze po zatłoczonej uliczce i zaglądaniu do różnych
jadłodajni ta wydała się najczystsza – choć pewnie pracownik
Sanepidu umarłby na zawał połączony z nagłym atakiem galopującej
grzybicy. Oczywiście tylko szeregowy i nowo przyjęty pracownik
Sanepidu, bo starzy, nomen omen – wyjadacze, z niejednej kadzi w
niejednej polskiej mleczarni twaróg wyjadali za tłustych czasów
przed – unijnych. Gołymi rękami i w buciorach zresztą. Wracając
z okolic Dygresji do Haridwar (a właściwie nigdzie nie wracając,
bo przecież ciągle tam jesteśmy) – zamawiamy chlebki ciapati,
dhal – czyli gęstą, sosopodobną zupkę na strączkowych, dziś
na soczewicy, no i oczywiście herbatkę, tak zwaną masala czaj,
granulowaną czarną z mieszanką przypraw i obowiązkowym mlekiem
tudzież równie obowiązkowym cukrem w ilościach zębo – żrących.
Do
jedzenia jestem nastawiony z grubsza (mimo, że z grubsza, to na
razie chudnę) pozytywnie, tylko Blacha zamęcza mnie swoimi
sugestywnie wyrażanymi obawami na temat ameby jako takiej (tu należy
dodać, iż jego umiejętności mimiczne, ćwiczone chociażby w
amatorskim acz ambitnym kabarecie Turlayberet, są z gatunku
wybitnych. Ci, którzy widzieli, wiedzą, że Blacha potrafi wyrażać
się bardzo sugestywnie, nawet przy pomocy samego wzroku. Amebę
zagrał koncertowo, zwłaszcza nibynóżki. Ci, którzy nie widzieli,
będą błogosławieni, jeśli uwierzą). Będąc jeszcze w
samolocie, Blacha naczytał się o pasożytach i teraz szpanuje
wiedzą ogólną i szczegółową. Przebiera w butelkach przed
zakupem wody mineralnej. Ta jakaś słabo zalakowana, ta ma za cienki
plastik, w tej zsunęła się etykietka. Ta miseczka brudnawa, ten
pan ma za długie paznokcie, w mojej zupie są bakterie. Gdzie? Na
włosach tego pana. A włosy gdzie? Odpowiedź można mocno
zaakcentować: w zupie! W zupełności wystarczy. No cóż, do
pewnego stopnia Blacha ma rację, od pewnego momentu zaczyna lekko
przesadzać. Pewien kelner tłumaczył się kiedyś gościowi gdzieś
w Polsce, dlaczego bułki są wilgotne – „Jak się w jednej ręce
niesie zupę, w drugiej bigos, a bułki pod pachami, to się człowiek
ma prawo spocić, prawda?”. No i ja to rozumiem, zresztą sam
miałem przyjemność przeżyć epizod pracowania jako kelner w
pewnym barze w słonecznej Szkocji. Blacha swoje: ameby to, ameby
tamto, mają takie o zębiska, zobacz… Mimo włączonego Systemu
Odporności Na Zniechęcanie Do Jedzenia (w japońsko brzmiącym
skrócie SONZDoJ) tudzież ssania w okolicach siódmego żołądka
ulegam lekkiej sugestii – i właśnie z tego powodu z grubsza
chudnę. Ale nic to, przeżyjemy – a ameby wraz z nami, albo i
przeciwko nam.
Około
10 jedziemy autobusem do Rishikesh, indyjskiej, a co za tym idzie i
światowej stolicy jogi. Mimo, że to aż 24 km, to jedziemy tylko
godzinkę (czy ja znów zaczynam być uszczypliwy albo w jakimś
stopniu sarkastyczny? Skądże…), znajdujemy hotel po oddzielonej
od ruchu samochodów wąskim wiszącym mostem stronie czystego
jeszcze po spłynięciu z piętrzących się w zasięgu wzroku
Himalajów Gangesu. Swarg Aszram – czyli dzielnica świrów – w
bardzo dowolnym tłumaczeniu. Świrów w pozytywnym tego słowa
znaczeniu, po prostu rzuca się tam w oczy indyjska wersja hipisów
ekstremalnych – jak dredy, to długości dwóch metrów, jak brody
– jeszcze dalej. Odrzucenie wartości materialnych (one rupee
please!), podróż w głąb siebie – choć bez zostawiania
karteczki, kiedy wrócą. Uduchowienia wypływa przez uszy, w oczach,
jak to kraju paradoksów bywa – przygaszony płomień. Świry.
Nieszkodliwe, czasami upierdliwe (one rupee please!), czyli jako się
rzekło: pozytywne.
W
Risikesh przebywali wiosną 1968 członkowie zespołu The Beatles.
Brali udział w sesjach treningowych Transcendentalnej Medytacji u
mistrza Maharishi Makesh Yogi. Podobno dobrze im to zrobiło. Paul
McCartney miał rzec, że jest nowym człowiekiem, George Harrison
powiedział: "Jesteśmy Beatlesami, no nie? Mamy niewyobrażalne
pieniądze, sławę. Ale to nie jest miłość, to nie jest zdrowie,
to nie jest wewnętrzny spokój, prawda?". Lennon zażądał
osobnego pokoju by uciec od swojej żony Cynthii i prowadził
obszerną korespondencję z Yoko Ono. Ringo Starr z żoną wyjechali
po około dwóch tygodniach, choć po latach perkusista wspominał,
że Maharishi dał mu "mantrę, której nikt nie może zabrać i
ciągle jej używa". Gdy padła propozycja nakręcenia filmu o
Beatlesach w Risikesh z udziałem Maharishi Makesh Yogi, okazało
się, że święty człowiek ma księgowego i jest twardym
negocjatorem, domagającym się sumy 25% wpływów samych Beatlesów.
Inna rzecz, że nie skasował zespołu za pobyt - zapewne był to
wydatek marketingowy, zresztą trafiony, bo przecież do dziś mówi
się o tej wizycie.
Beatlesi
przebywali w Dolinie Świętych, w Międzynarodowej Akademii
Medytacji, gdzie, jak na owe czasy, mieli zaprawdę wykwintne warunki
bytowania. Duperelki i kafelki, kraniki, dywaniki - ujmując rzecz w
dużym acz rymowanym skrócie. W porównaniu do innych aszramów,
które poniekąd w definicji miały spartańskie warunki, celebryci
zepsutego Zachodu byli goszczeni zdecydowanie luksusowo. W sumie było
ich stać, więc czemu nie? Aszram ufundowany przez Amerykankę Doris
Duke kosztował 100 tysięcy dolarów, był wyposażony w
elektryczność, bieżącą wodę, toalety i meble w stylu
angielskim. Był też otoczony drutem kolczastym i a brama wjazdowa
była cały czas strzeżona. Podobno sam święty mąż Maharishi był
(według cytowanych gdzieś przez kogoś słów Johna Lennona)
"lubieżnym kobieciarzem" i nawet raz, mimo obowiązkowego
w aszramie i w całym Risikesh, wegetarianizmu przemycił pieczonego
kurczaka dla pewnej blond pielęgniarki z Kalifornii, a potem
oczywiście wykazał się lubieżnym kobieciarstwem w ramach zapłaty.
Oaza spokoju i jak zwykle w tamtych okolicach - poezja kontrastów.
Risikesh
do dziś przyciąga oryginałów. Nas przyciągnął. I innych
świrów. Zaś opodal świrów krowy, w narzuconej miejskiej
koegzystencji. Biedne święte zwierzęta chodzące po betonowych
chodnikach i pożywiające się czym popadnie. A czym popadnie w erze
plastikowych odpadków? Worki foliowe to powolna śmierć nawet dla
posiadaczy siedmiu żołądków. (m.in. krów, bawołów i Polaków)
Z wyższej kulinarnej półki są stare gazety, plakaty na ścianach,
czasami takie rarytasy jak ogryzki czy skórki od bananów. W
Rishikesh nie jest jeszcze tak źle, zdaje się, że codziennie rano
ktoś przywozi bardziej zielone pożywienie, które serwuje się
krowom w wielkich kadziach nad rzeką. Podobno instytucje rządowe
prowadzą przytułki dla starych krów. To dlatego, że dla
hinduistów krowa jest matką życia.
„Matka
krowa” to tytuł eseju Marvina Harrisa z książki „Krowy,
świnie, wojny i czarownice”. Rzecz godna polecenia ze wszech miar.
Profesor Harris wyjaśnia fenomen obszarpanego rolnika umierającego
z głodu obok tłustej krowy. To, że ów rolnik nie zabije i nie zje
krowy to według wielu komentatorów znak, że „w Indiach wartości
duchowe cenniejsze są nawet od życia”. W indyjskiej konstytucji
jest „karta praw krów”. W „Matce krowie” pada rozsądnie
brzmiące wyjaśnienie, dlaczego ze względów ekonomiczno –
społecznych nie warto zabijać krowy, która daje średnio ok. 230
litrów mleka rocznie - czyli niecały litr dziennie (gdy tymczasem
na przykład krowy amerykańskie od 3 do 10 tysięcy litrów
rocznie). Zafascynowało mnie zdanie: „rolnik mający krowę
posiada fabrykę produkującą woły” (tłum. K. Szerer). A wół
to odpowiednik traktora. I tak dalej. Esej jak i cała książka
świetnie się czyta, dla tych, którzy jednak nie sięgną po
polecaną pozycję, a sięgnęli po moją, postaram się przedstawić
w skrócie z gatunku obszernych.
Na
dobry początek, z rozmysłem i prowokacyjnie dla części rodaków
skłonnych do uniesień na tle sakralnym tudzież gotowych w każdej
chwili do obrazy własnych uczuć religijnych warto dorzucić
stwierdzenie, które może posłać „Krowy, świnie, wojny i
czarownice” na tradycyjne w kulturze Zachodu stosy. Książki to
kaloryczne paliwo, a poetyckie porównanie Marii jako matki Boga z
krową jako matką życia może sprawić, że prędzej się nim
stanie. Okazuje się, że nawet miłujący pokój Hindusi nie są
jednak wolni od przemocy - tzw."kwestia krowia" jest "jedną
z głównych przyczyn pogromów i sporów, nie tylko pomiędzy
wyznawcami hinduizmu (albo hindusami, pisanymi z małej litery, taka
dygresja lingwistyczna) i resztkami społeczności muzułmańskiej,
lecz także między partią Kongresu i między ekstremistycznymi
frakcjami hinduskich miłośników krów.
Poniekąd
w nawiązaniu do polityki - jest jeszcze łajno krowie, które, przy
ograniczonych palnych kopalinach typu węgiel, ropa, gaz i
postępującej deforestracji Półwyspu, jest po prostu paliwem. Co
więcej - lepszym niż inne, choćby do przyrządzania tradycyjnego
indyjskiego masła ghee, które należy wytapiać na wolnym ogniu, a
takim właśnie pali się suszone krowie łajno. Natomiast po
wymieszaniu z wodą łajno staje się doskonałym materiałem
budowlanym. Powstałą papką smaruje się podłogę, która po
wyschnięciu jest twarda i gładka, dając się świetnie utrzymać w
czystości przy pomocy zwykłej ogólnodostępnej miotły. A u nas
robi się taki raban z powodu jakichś kafelków...
Stany
Zjednoczone, najwięksi konsumenci wołowiny, przeznaczają jakieś
trzy czwarte areału ziemi uprawnej na żywienie bydła, nie ludzi.
Gdyby takie samo przełożenie zastosować w Indiach - hipotetycznie
przynajmniej, gdyby nagle Hindusi przerzucili swoje zainteresowania
kulinarne na steki, z dużą dozą prawdopodobieństwa można
stwierdzić, że zapanowałby głód. Zresztą z tym nie jedzeniem
krów to nie do końca prawda - w Indiach niskie kasty mają prawo
dysponowania martwym bydłem i większość z ok. 20 milionów
padłych co roku krów i tak jest zjadana, przez, jak to malowniczo
ujął profesor Harris "padlinożernych niedotykalnych".
Ewentualnie,
praktyczne podejście do życia i tak w większości przypadków
weźmie górę nad pełną niejednokrotnie idiotycznych zakazów i
nakazów religią (być może przyjdzie kiedyś czas, gdy uwierzę,
że bóg może interesować się naszą dietą i ubiorem) i biedny
chłop sprzeda po kryjomu swoją krowę do muzułmańskiej albo
chrześcijańskiej rzeźni. Zresztą już dziś indyjscy chłopi
opracowali patent na regulację pogłowia bez użycia bezpośredniej
przemocy - zakładają cielęciu na szyję trójkątne drewniane
jarzmo. Cielę, próbując ssać matkę, uderza je w wymiona, co
kończy się zwykle tym, że rozdrażniona krowa zabija swoje dziecko
uderzeniem kopyta. Drastyczne? Pewnie, że tak, ale wierzący ma
czyste ręce a sprawa nadmiaru pogłowia jest załatwiona. Ze starą
krową jest jeszcze łatwiej - wystarczy ją po prostu przywiązać
do drzewa i prędzej czy później umrze sama. Ze starości.
Mimo,
że hinduizm jako "siła konserwatywna utrudnia ekspertom
rozwoju i działaczom modernizującym obalenie starego systemu i
zastąpienie go wysokoenergetycznym, przemysłowym i rolniczo -
przemysłowym kompleksem" to suma summarum wydajność
indyjskiego bydła jest względnie bardzo wysoka - aczkolwiek nie
płynie to ze szczególnej produktywności zwierząt, lecz ze
skrupulatnego wykorzystania wszystkich produktów przez ludzi.
Marnotrawstwem cechują się, według Harrisa, raczej nowoczesne
gospodarstwa rolnicze.
Esej
kończy się stwierdzeniem: „jeśli macie ochotę zobaczyć
prawdziwą świętą krowę, to idźcie popatrzeć na samochód
rodzinny”. Ha, samochód rodzinny! Harris wydał swoją książkę
w 1975 roku, teraz pisałby o całym familijnym parku maszynowym (z
uwzględnieniem quada na komunię synka i odprężającego motoru dla
taty) albo rodzinnej flocie samochodowej.
Samochodów
nie ma w Swarg Aszram. Za to w uszach aż brzęczy błogosławiona
cisza. Motoryzacja w Indiach, jak zresztą w wielu krajach
azjatyckich, opiera się głównie na dużej mocy klaksonów.
Przypuszczam, że indyjscy inżynierowie produkujący moto – riksze
i samochody najbardziej popularnej indyjskiej marki Tata
skonstruowali unikatowy układ, w związku z czym klakson ma jakieś
bezpośrednie połączenie z gaźnikiem i przerwanie trąbienia
powoduje zgaśnięcie silnika. A przecież żaden kierowca nie chce,
żeby gasł mu samochód, prawda? Prawda. W związku z tym obserwuję
u siebie szybko postępujące objawy głuchnięcia a także
narastającą chęć trąbienia w uszy przejeżdżających obok.
Niestety, nie posiadam oprogramowania, by nie rzec: przyrządu. Za to
mam otwór gębowy i proponującemu mi (jeszcze po zmotoryzowanej
stronie) w wyrafinowany sposób swoje usługi taksówkarzowi –
przedstawił mi swoją ofertę na ucho, z odpowiednią pytającą
intonacją z pełną mocą strun głosowych, ze swadą sierżanta, w
trzech prostych, żołnierskich słowach „taxi, taxi, taxi!!??”
odpowiadam ćwiczonym tenorem prosto w jego organ słuchu:
„Nieeeeeee!!!!”.
Po
raz kolejny udowadniam wyższość przepony nad płucami w kwestii
emisji głosu, ale tytuł mistrza Jedi–Jogi odsuwa się znów w
jakąś bliżej nieokreśloną przyszłość, ewentualnie w niebyt.
Albo w jego okolice – nie wiem, nie byłem. Gdybym był politykiem,
to bym chętnie skomentował miejsce, w którym nigdy nie byłem, ale
nim nie jestem. Za to znów jestem cyniczny.
Swarg
Aszram w Rishikesh sprzyja powrotowi do wszechmocnej spokojności.
Nie ma aut, za to jest parada świrów, krów, żebraków, turystów,
handlarzy i innych elementów wzbogacających koloryt lokalny. Co z
tego, skoro rzeczeni handlarze nie mają kartuszy z gazem do naszych
maszynek – a nie mogliśmy ich przewieźć z Polski samolotami, bo
spece od bezpieczeństwa w powietrzu mawiają żartobliwie, że takie
butle w luku bagażowym albo nawet na pokładzie to bombowy pomysł.
My mamy dwa modele maszynek, do wyboru, tudzież głębokie
przekonanie, że gdzie jak gdzie, ale w Indiach, kraju Jednego
Miliarda Hindusów, u stóp Himalajów, gaz musi być, z gwintem lub
bez. Gaz będzie nam potrzebny w górach – żeby ostro gazować po
ścieżkach i potem wieczorem i rano dawać w gaz w celu uzyskania
ciepłej wody na przysłowiową góralską herbatkę. Aby zatem nabyć
ów drogą kupna udajemy się gremialnie do centrum handlowego. Nie,
nie, to nie wygląda tak, jak myślicie na pierwszy rzut wyobraźni.
Idziemy na bazar. Znaczy na brudną, śmierdzącą, hałaśliwą i
ogromną plątaninę uliczek pełną sklepików oferujących
wszystko. Wszystko oprócz butli gazowych pasujących do naszych
maszynek. Z gwintem lub bez.
Mądry
Polak po. Trzeba było kupić porządną maszynkę na benzynę w
Europie. A nie takie złote Ufo na ropę, jakie udało nam się
znaleźć.
Patrząc
na to z drugiej strony, bardziej okiem mistrza Jedi–Jogi i nieco
inaczej intonując wypowiedź: udało nam się znaleźć złote Ufo
na ropę, teraz wystarczy jedynie robić wszystko, żeby tylko nie
musieć gotować na nim wody. Kupujemy kanisterek, kupujemy ropę,
kupujemy trochę suchego jedzenia i wracamy do hotelu. Zakupy to
przyjemność. Ironia to konieczność.
A
teraz będzie wstawka z przyszłości, umożliwiona przez różnice w
czasie pisania i wydawania książki. Oto trzy lata później,
podczas kolejnego pobytu w Indiach (ileż zdradzam przez ten wtręt!)
, nauczony doświadczeniem, przywiozłem ze sobą benzynową maszynkę
Szmiel 4 (czyli w poetyckim przekładzie Trzmiel 4), produkcji
wiecznie żywego w pamięci wielu Związku Radzieckiego. Na odprawie
w Delhi (lot wewnątrz kraju, do Leh w Ladakhu) zostałem grzecznie
poproszony o spacer do podziemi lotniska. Pod eskortą, czy może
raczej w miłym towarzystwie umundurowanego posiadacza karabinu
wszedłem do małego magazynku, gdzie pod czujnym okiem kilku
umundurowanych posiadaczy karabinów musiałem tłumaczyć, że ów
Trzmiel 4 to nie bomba stworzona przez radzieckich konstruktorów,
ale nasza nadzieja na herbatę i zupki w Himalajach. Każdy mój ruch
majstrujący przy nie nabitej jeszcze maszynce był śledzony z
najwyższą uwagą i wyczuwalnym napięciem.
Świetne
doświadczenie dla kolekcjonera wrażeń! A jaka lekcja aktorstwa!
Cały czas miałem w głowie kreację niejakiego Rowana Atkinsona,
który w którymś ze swoich nieszczególnie porażających głębią
przemyśleń filmów wygłupiał się przed ochroną na lotnisku.
Popkultura ma na nas ogromny wpływ! choćbyśmy świadomie odrzucali
co gorsze jej aspekty, to one lęgną się w nas i kiełkują w
najbardziej nieoczekiwanych momentach.
Wytrzymałem
bez wygłupów, łatwo nie było.
Ta
próba generalna obsługi maszynki do gotowania przydała się potem
w Leh, gdzie, chcąc oszczędzić sobie ponownego stresu posądzenia
o czynny, być może nawet samobójczy terroryzm podczas lotu
powrotnego Leh - Delhi, sprzedałem Trzmiela 4 tybetańskiemu
handlarzowi sprzętem turystycznym. Z minimalnym zyskiem nawet, bo w
Ladakhu ciągle mają zanikający już u nas szacunek do radzieckiej
myśli technicznej. Musiałem tylko odegrać show z podpalaniem i
regulowaniem płomienia, a nie było to łatwe, bo robiłem to po raz
pierwszy i ostatni. Okazało się, że w Ladakhu są już maszynki na
gaz i nie musiałem używać socjalistycznej bomby. Za to tybetański
handlarz cieszył się jak dziecko, bo radziecki sprzęt robił
naprawdę świetne wrażenie - zwłaszcza na tle lokalnych
wynalazków.
Tyle
wtrętu z przyszłości. Balszaja tiechnika, tak sobie skakać po
czasoprzestrzeni, nieprawdaż?
Wracamy
do Riszikesz tu i teraz albo tam i wtedy. Po całym dniu przeciskania
się między rikszami, świrami i krowami należy się relaks.
Idziemy do restauracji, takiej bardziej eleganckiej, takiej z menu
(nie z MEN-u, broń Boże! Nie mieszajmy w to Ministerstwa Edukacji
Narodowej!). Siadamy na tarasie z widokiem na Ganges, czekając, aż
za chwilę objawią nam się dobre strony wakacji w Indiach.
Zamawiamy po thali – to zestaw 6 dań – w tym chlebki ciapati i
paratha, ryż basmati (rewelacyjny zaprawdę powiadam wam!), kefir i
trzy potrawki warzywne(Rishikesh jako stolica jogi jest miastem w
pełni wegetariańskim) w różnych, mniej lub bardziej ostrych
sosikach. W przeliczeniu jakieś 3 złote za całość (w cenę
wliczone dokładki!) i jeszcze parę groszy za big masala czaj. Żyć,
znaczy, żryć, znaczy żreć, nie umierać.
Z
brzuchem pełnym pyszności świat wygląda inaczej. Świry i krowy
układają się do snu na uliczkach Swarg Aszramu. Gdzieś z oddali
ledwo słychać nikłe odgłosy klaksonów. Rishikesh zanurza się w
niebiańskim spokoju.
Wieczorem
do naszego pokoju w hotelu przychodzi jeszcze bardzo profesjonalnie
wyraźnie zmartwiony portier, pytając, dlaczego wyjeżdżamy już
jutro. Musimy mu solennie obiecać, że tu jeszcze wrócimy. Nie
wiem, czy słucha, bo nagle bardzo zainteresowały go moje pryszcze
na plecach – przyjąłem go mianowicie w oficjalnie luźnym stroju
wieczorowym. Dotyka i pyta „a co to?”. Może portier to
dermatolog – amator, który odkrył właśnie nieznany sobie
gatunek? Popierając naukowe zapędy uśmiecham się mówię, że to
pryszcze. Na wszelki wypadek, gdyby na przykład był jeszcze
polonistą - pasjonatem, mówię po polsku.
Dużo
wrażeń. No to jeszcze kąpiel i wierszyk:
„Marnotrawca”
Wykorzystuję każdą
chwilę
Aby ją dobrze
zmarnotrawić
Trącam badylem czasu bilę
By czasem czasem się
zabawić
Przeżywam życie – co
tu gadać
Scenariusz jakby prosto z
kina
Normalnie wstyd mi
opowiadać
Lecz jakże miło
powspominać
Czasem się – prawda –
nie wysypiam
Czasem wybzdurzam się na
papier
Życie w krąg niby mleko
kipi
Jak młody kot je w łapy
łapię
Powiedzmy złapię nudny
moment
I jako rzekłem –
zmarnotrawię
W domu na łóżku, poza
domem
Przepuszczę z kawą i po
sprawie
A miało przecież być
tak pięknie
Miałem zaginać
rzeczywistość
Dosięgać tam, gdzie
wzrok nie sięgnie
I w czasoprzestrzeń
wplatać wszystkość
Ujmuję, co się nie da
ująć
I trawię, co się uda
strawić
Ważne jest przecież, by
pracując
Się nie przemęczać –
i się bawić
Tym
optymistycznym akcentem mówię dobranoc. I zasypiam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz