„Ryba
w wodzie milczy, zwierzę na ziemi hałasuje, ptak w powietrzu
śpiewa. A człowiek ma w sobie milczenie morza, zgiełk ziemi i
muzykę powietrza”
Rabindranath
Tagore (indyjski poeta, prozaik, filozof, malarz, kompozytor i
pedagog. Człek zaiste wielu talentów, a na dodatek laureat
literackiego Nobla w roku 1913 - była to pierwsza nagroda dla
Hindusa i jednocześnie pierwsza dla Azjaty)
Czwarta
rano, stado zrywa się z barłogów. Mniej więcej czwarta, a
właściwie to sporo więcej niż czwarta, zrywanie się to taki
mocno przyspieszony eufemizm, barłóg, w przypadku tego akurat
hotelu to też raczej przesada, nie wspominając już o stadzie. Co
to za stado , które składa się z trzech osobników? Przechodzimy
na drugą stroną Gangesu (w myśl złotej rockandrollowej zasady
promowanej przez moich ulubionych The Doors: „Break on through to
the other side”), łapiemy autobus do Nandprayang. Żarty się
skończyły, zaczęły się Himalaje i ostra jazda z trzymanką.
Droga jest niezbyt szeroka, niezbyt równa, zakręty słabo
zabezpieczone. Za to kierowca ma rozbujane jak i sam wehikuł ambicje
i próbuje wyprzedzać wszystko co się rusza. Trzeba przyznać, że
zna się na swojej robocie – w ogóle kierowcy z krajów
azjatyckich wydają się być dużo lepiej przystosowani do dżungli
panującej (mimo wiszącego jak miecz Damoklesa nad całą naszą
cywilizacją kryzysu paliwowego) na wszystkich prawie drogach świata.
Nasz kierowca jest w tej dżungli odpowiednikiem Tarzana w dżungli
literackiej.
Swego
czasu w Teheranie taki Tarzan wziął nas do swojej taksówki i na
jednej z potwornie zatłoczonych ulic miał stłuczkę z ewidentnie
własnej winy. Zapatrzył się na coś, zamyślił nad sensem życia
i bum! Zatrzymał się, wybiegł z auta, a z auta poszkodowanego
wysiadła kobieta. Szok kulturowy zmieszany z szokiem technicznym
zupełnie odebrał naszemu Tarzanowi mowę. Zasadniczo można
założyć, że szariat, prawo koraniczne, dawał mu dyspensę na co
najmniej skrzyczenie, jeśli nie porządną chłostę dla kobiety -
tylko dlatego, że była kobietą, wiadomo. Ale była też kierowcą,
a on w nią wjechał. No ale skoro była kobietą... Co w takich
sytuacjach radzi Prorok? Nasz pan Tarzan - taksówkarz nie miał
dobrego dnia, widać to było na twarzy pomalowanej pięknie
wątpliwościami. Nie miał dobrego dnia, zdecydowanie - nasza wesoła
paczka zwinęła się bez płacenia. Choć strasznie byłem ciekaw,
jak się sytuacja rozwinie, niekoniecznie mieliśmy ochotę na
spotkanie z irańską policją.
Jednokierunkowa w pomniejszym irańskim mieście.
Taksówkarze
to temat rzeka, każdy podróżnik zaświadczy. Przy kolejnej podróży
do Indii - tak, powiem to oficjalnie, byłem w Ladakhu! - mieliśmy
przygodę z w miarę uczciwym i niezbyt chciwym taksówkarzem. Brzmi
jak postać mityczna, ale to prawda. Oto jadąc z centrum Delhi, z
Pahar Ganj (jedne z najtańszych noclegów w mieście, z pewnością
największy wybór hoteli, gdybyśmy tam sprawdzili kilka lat
wcześniej!) kolega Piotruś, chłop o fizjonomii i budowie komandosa
Specnazu zapomniał w taksówce swoich nowych górskich butów numer
46. 120 dolarów za sztukę buta, jeśli trafi się na 50 procentową
obniżkę. Pomijając fakt, że jechaliśmy w Himalaje, gdzie takie
buty są bardzo przydatne. Wysiedliśmy na lotnisku, mając kilka
godzin do odlotu - chcieliśmy poaklimatyzować się w klimatyzacji,
nie ukrywam, nagle Piotruś przeklął soczyście i uczciwie. A potem
ruszył na Pahar Ganj. Relacja z późniejszych działań wyglądała
mniej więcej tak: "Wpadam na postój taksówek i widzę: jest!
Podchodzę i mówię, że zostawiłem u niego buty w aucie, a on na
to, że pierwszy raz mnie widzi! Myślałem, że zatłukę!"
Tu,
dla pikanterii trzeba dodać, że Piotruś czasami nosi ruski bagnet
w szpanerskim i strasznie niepraktycznym nosidełku na łydce, co
przy jego posturze ma swoje atuty. Świetnie sprawdza się w
negocjacjach. Najlepiej, jeśli ktoś inny mówi, a Piotruś stoi za
tą osobą i nic nie mówi, tylko śle przyjazne uśmiechy, co jakiś
czas drapiąc się znacząco albo nawet od niechcenia w łydkę.
Upusty cen gwarantowane. Upusty sprzętów (z powodu nerwowego
drżenia rąk) u osoby negocjującej możliwe.
Sytuacja
z butami rozwinęła się dalej - oto do Piotrusia podbiegł drugi,
identyczny jak nasz kierowca człowiek. Nie dziwota zresztą, że był
identyczny, skoro to był właśnie ten właściwy. Powiedział, żeby
zostawić jego brata bliźniaka, bo ma buty i odda, nawet szukał nas
podobno na lotnisku, ale źli ludzie pilnujący porządku kazali mu
wyjeżdżać. Ucieszony Piotruś dostał buty z powrotem, wrócił
raz jeszcze tą samą taksówką na lotnisko, zapłacił temu samemu
taksówkarzowi z napiwkiem "zabutnym" i wszystko skończyło
się dobrze. Zastanawialiśmy się długą chwilę, czy buty
Piotrusia, mimo, że nieużywane, nie były atrakcyjne w związku z
czym w upalnym klimacie byłyby problemy ze znalezieniem kupca na
taki towar, czy decyzja o zwrocie butów była podyktowana
tarmoszeniem brata. Czy może taksówkarz bliźniak był naprawdę
uczciwy? Przecież takie ewenementy jak uczciwi taksówkarze też się
zdarzają.
Swoją
drogą mógł wtedy zajść jeden z tym bliźniaczych paradoksów, o
których piszą w książkach - tarmoszony brat mógł przekazać
telepatycznie swoje tarmoszenie. O ile w ogóle można mówić o
tarmoszeniu, tak naprawdę. Piotruś jest łagodny jak baranek i mógł
fantazjować w swojej opowieści.
Tymczasem
jazda z trzymanką trwa, przy drodze co jakiś czas stoją tablice z
wypisanymi mądrościami ludowymi dotyczącymi motoryzacji jako
takiej – i to, jak wszystkie porządne mądrości ludowe – do
rymu! Rewelacja. Na przykład: „Three enemies of the road –
liquid, speed and overload”. Dla zabawy i rozczmuchania się ze snu
próbuję sobie tłumaczyć te hasła, w powyższym na przykład
wychodzi mi oszczędnościowo dwóch zamiast trzech wrogów: „Dwaj
wrogowie auto – tras: ciężar i dawanie w gaz”. Dwóch wrogów i
sporo dwuznaczności, to lubię… „Speed thrill but kill”
(wykształceni angliści zwrócą pewnie uwagę na błędy w odmianie
czasownika – dla literatury faktu zachowałem pisownię oryginalną)
– „Prędkość nęci, ale kęsim”. Spodobała mi się ta
gimnastyka lingwistyczna, więc działałem dalej, coraz mniej
zwracając uwagę na wierność przekładu, a bardziej skupiając się
na formie. „Hurry makes worry” przeszło jako „Nie spiesz się
Harry po wory” (transport towarów w workach jest tu bardzo
popularny) a „This is highway not runway” staje się „prociam
panowym” (jak w serialu "Zmiennicy" - "prociam pan,
duży niebieski toreb" i inne cytaty z "karateką z
Trzeciego Świata") „To droga krajowa nie pasa startowa”.
Swoją (znów ten nomen omen) drogą highway oznacza z grubsza biorąc
autostradę, co kłóci się zdecydowanie z jakością naszej trasy,
acz po rozłożeniu słowa na czynniki pierwsze high i way mamy
„wysoką drogę”, co w zasadzie w przypadku Himalajów jest w
pełni, hm, wysoce (!) uzasadnione.
O
jakości dróg nie będę wspominał, bo jestem z Polski, nie wypada
narzekać i cudze ganić, znając swoje.
Indyjskie
pojazdy drogowe charakteryzujące się wspomnianym wcześniej
nietypowym rozwiązaniem technologicznym – połączeniem silnika i
klaksonu (przypominam, brak stałego dopływu dźwięku z klaksonu
powoduje natychmiastowe zgaśnięcie silnika), stale przypominają o
konieczności jazdy na włączonym klaksonie i wszystkie ciężarówki
mają z tyłu namalowany napis „Horn please!”. Dbają o swoich
współużytkowników drogi. Prawdę rzekłwszy, ma to sens, żeby
trąbić przy mijaniu, ostrzec, być może obudzić kierowcę
mijanego auta. Poza tym dać znak jadącym z naprzeciwka na tej
wąskiej górskiej drodze. Zaprawdę, gdyby to był mój autobus, to
bym się bał, że spadnie w przepaść z tego czy innego powodu. Jak
przetłumaczyć „Horn please!”? „Trąb se!”? Horn to też
róg, więc może, wydłużając nieco frazę: „Spróbuj dorobić
mi rogi, baranie!”. Zauważcie, że gdyby z ostatniego hasła
usunąć przecinek, stałoby się ono dużo bardziej zakręcone (rzec
by się chciało, że jak wspomniane rogi) i nabrałoby zupełnie
innego wydźwięku. "Spróbuj dorobić mi rogi baranie!"
Najprostszy
i najdokładniejszy wydźwięk ma "trąb!". Tryb
rozkazujący. I wszystko jasne.
Tak,
wydźwięku jest wciąż bardzo wiele dookoła i z innych kierunków
świata. Horn please! Po jakichś siedmiu godzinach jazdy
przeskakujemy w Nandprayang w autobus do Ghat. Ghat to w Hindi
schodek, stopień… Wydedukowałem, czytając o ghatach prowadzących
do Gangesu w Waranasi. Zresztą po obu stronach Półwyspu
Indyjskiego są góry Ghaty – takie niby metaforyczne schody
schodzące do morza. Wschodnie i Zachodnie. Które są które – to
już zostawiam jako zagadkę mistrzom geografii stosowanej. A nasze
miasteczko Ghat leży na końcu wąskiej drogi nad urwiskiem. Fajnie
się jedzie (tak jest, nie zapeszać, zaklinać dobre duchy! Fajnie
się jedzie! Fajnie się jedzie!) – o ile nie myśli się o
odległości kół autobusu od przepaści. To czasami całkiem
ciekawie wygląda – autobus jest tak blisko krawędzi, że patrząc
przez okno widzi się pod sobą tylko tak zwaną lufę – na jakieś
50 – 60 metrów w dół do rzeki. Wystarczy, żeby sobie trochę
polatać. I stoczyć się na samo dno z odpowiednim hukiem. Wyjątkowo
bardziej dosłownie niż w przenośni.
Dojechaliśmy.
Stajemy twardo na nogach. Bagaż na plecy… Cholera, wylała się
ropa. Kanisterek jest przykładem tak zwanej oksymoronicznej
„hinduskiej jakości”. Przelewamy ropę do butelek po wodzie
(Coca Cola Company, to nie ma prawa przeciekać!) i szukamy miejsca
na noc. Po dłuższej – krótszej chwili (czymże jest czas w
obliczu wieczności ja się przy tej okazji zapytuję?) znajdujemy
domek dla turystów, bardzo przyjemne miejsce nad rzeką, otoczone
ogrodem i murem. Cisza? Spokój? Skądże. Ale tym razem sprawcą
rumoru nie jest muzyka klaksonów i silników. W tym przypadku to
sama natura – rzeka Nandakini i owady. Przypomina mi się rysunek
jednego z moim zdaniem najwspanialszych humorystów na naszej
planecie – Amerykanina Gary’ego Larsona: na Arce Noego ktoś
napisał wielkimi literami: „Powiedzcie cykadom, żeby się
zamknęły!”. Ano właśnie. Co? Ano właśnie! Co?! Ano właśnie
powiedziałem!!! Ano właśnie pytam, co powiedziałeś, bo nic nie
słychać!!!
Coraz
mniej ludzi mówi po angielsku – ale to żaden problem, bo i tak
przecież mało słychać, no nie? Co?! Ech, starczy już tych
dowcipów rodem z przedszkola. Blacha chodzi i niestrudzenie tropi
ameby – a tutaj, zważywszy na czystość knajp, zdają się
występować bogate tejże skupiska. Jednak jeść trzeba, knajpa
jest odrapana niemalże artystycznie, ale ciapati z ziemniaczkami w
sosie całkiem smaczne. Do popicia pepsi… To taki paradoks ciepłych
krajów, że mimo świadomości, że to brązowe, (względnie żółte,
pomarańczowe, rażąco zielone tudzież różowe) jest tylko
zestawem literek z Tablicy Mendelejewa z dodatkiem wody z kranu, to
na widok oszronionej plastikowej butelki tegoż kolorowego płynu
czuję przemożną chęć nabycia drogą kupna. Czy to upał obniża
sprawność mózgu? Niewątpliwie. A może soczek? Może mleczko? Też
dobre… ale to Wściekle Brązowe Słodkie Niezdrowe Ale Za To Jakie
Zimne lepsze. Dlaczego? To pewnie ta prowokująca słodkość i
niezdrowość. Po powrocie do Polski będę nienawidził sam siebie,
już to czuję. Zresztą w ciepłych krajach moja świadomość
ekologiczna ulega niebywałemu przytępieniu – na przykład ni stąd
ni zowąd nagle staję się zdecydowanym zwolennikiem freonowych
urządzeń klimatyzujących (w odwiedzanych przez nas indyjskich
przybytkach takowych nie spotkałem. Tutaj najczęściej stosuje się
śmigła mieszające powietrze u powały. Na szczęście?), które
tak skutecznie niszczą powłokę ozonową. Ogólnie robi się z tego
perpetuum mobile napędzające z jednej strony efekt cieplarniany, a
z drugiej producentów klimatyzacji – im więcej freonu, tym
cieńsza powłoka ozonowa, im cieńsza powłoka, tym cieplej, im
cieplej, tym więcej urządzeń z freonem. I tak dalej.
To
niewątpliwie jakiś spisek masoński, albo makdonaldzki. Nie może
inaczej być. Cykliści też pewnie maczali w tym swoje brudne pedały
(tu przezornie przepraszam mniejszości seksualne, nie miałem nic
złego na myśli, a napisałem tak, bo nie mam wyrobionego poczucia
poprawności politycznej).
Dookoła
góry, góry i góry. A w Ghat dzieci, dzieci i dzieci. Chcą rupie,
rupie i rupie. Jak to dzieci. Robimy zdjęcia. Dzieci pozują,
najczęściej w postawie zasadniczej na baczność. Jak to dzieci.
Może miarą postępu cywilizacyjnego jest sposób zachowania się
przed obiektywem? Jak już zaczną się wygłupiać przed aparatem
czy inną kamerą, czy to będzie znaczyć, że można próbować
sprzedać im niejakiego Romka G. (były polityk z partii o być może
na szczęście nierozpoznawalnym już skrócie LPR) jako ministra
edukacji? E, bez przesady, tego mogliby nie przetrzymać. Zresztą aż
tak mi nie podpadli.
Dzieci
lubią patrzeć. No to teraz wstawka wujka gawędziarza(do
opowiadania w przysłowiowe długie jesienne wieczory przy kominku
ewentualnie przy innym alkoholu, z odpowiednim, załamującym się i
lekko ochrypłym tembrem głosu): kiedyś w Meksyku, po zejściu z
Pico de Orizaba od tak zwanej tylnej strony, która turystów nie
widuje zbyt często (i vice versa oczywiście), trafiliśmy do
wioseczki, która mogła zwać się Xometla, o ile pamięć jest
mniej zawodna niż sprawia wrażenie. Zmęczeni, głodni i brudni
(tego dnia zaliczyliśmy szczyt wulkanu z potężnym kraterem na 5700
m n.p.m. i zrobiliśmy w jakieś 6 godzin dół tyle drogi, co w
poprzednie bite dwa dni do góry) szukaliśmy noclegu, pytając nawet
w kościele. Skierowano nas do "budynku przy szkole".
Szukaliśmy i znaleźliśmy. Szkoła to był jednoizbowy budynek
przypominający malutki sklep GS w bardzo oddalonej od
cywilizacyjnych rozkoszy wsi w Beskidach albo na Pomorzu. Dawno nie
remontowany zresztą. Budynek przy szkole był szopą z dużymi
przerwami między deskami.
Nie
wybrzydzaliśmy, przecież oni też mieszkają w takich domkach.
Zresztą na tej zbitej z dech budzie wisiał napis, że jeśli ktoś
się tam osiedli, to zostanie przeciw niemu podjęta natychmiastowa
akcja wysiedleńcza. To tak na dowód, że nasze lokum potencjalnie
mogło być dla kogoś atrakcyjne.
Pico de Orizaba - widok z Ixtacihuatl.
Szkoła to też prawdziwa – nomen omen – buda. Tak się mówiło,
no nie? Idziemy do budy... Edukacja to skarb, mówili. Ci biedni
ludzie nie mają dostępu do blasku kaganka oświaty. Pół biedy, że
akurat były wakacje, więc dzieci, pewnie z nudów, przyszły całą
grupą, stanęły wokół nas i nic nie mówiły.
Ciągle
ich przybywało.
Nie
pierwszy i nie ostatni raz czułem się jak bohater któregoś z
horrorów Stephena Kinga.
Nie,
dzieci tylko patrzyły. W takich krajach trzeba się na to uodpornić.
Ty sobie spokojnie otwierasz konserwę, a oni niech się gapią. Nie
raz pytałem, czego chcą, po to właśnie przydaje się nauka
języka. „Niczego”. „No to czemu tak stoicie?”. Wzruszenie
ramion. No tak, przecież to oczywiste. Jasne jak słońce. Dlaczego
wcześniej o tym nie pomyślałem?
Z
nudów co prawda rodzą się patologie i chuligaństwo, ale z drugiej
strony podróże kształcą - niekoniecznie trzeba samemu ruszyć w
podróż, można też popatrzeć, jak podróżują inni. To też ma
wpływ, wiem, bo studiowałem turystykę i mówili nam o interakcji
między zwiedzającym i zwiedzanym na socjologii turystyki. "Tato,
czy ten pan musi się tak męczyć? Tak, przecież to turysta synku".
No właśnie.
„Wakacyjny
męczennik”
Znów
pojedziemy do Chorwacji
Wezmę
walizek sześć i ręcznik
Posmakujemy
znów wakacji
I
znowu się umęczę
Korek
na autobahnie w Muenchen
Żona
łkać będzie, dziecko jęczeć
Wciąż
wierząc, że się kiedyś wyśpię
Porządnie
się umęczę
Na
plaży tłok niby w New Yorku
Miast
się położyć, będę klęczał
Albo
lać będzie znów od wtorku
Ależ
ja się umęczę
Znów
mi przyniosą wstyd rodacy
Dezynfekując
się wewnętrznie
Ja
z nimi… cóż, odpocznę w pracy
Dziś
chętnie się umęczę
Fiat
zrobi siad na autobahnie
Zholują
go nad wyraz zręcznie
Naprawią.
Chętnie. Niezbyt tanio
Umęczę
się? Umęczę!
Stop
wizjom już defetystycznym
Czas
zacząć urlop mój doroczny
Pod
hasłem wręcz optymistycznym
Umęczę
się a odpocznę!
Wieczorem
odpalamy złote Ufo na ropę, żeby sprawdzić, czy w ogóle nadaje
się do użytku. Ogólna odpowiedź brzmi: tak, tyle że jesteśmy
cali upaprani, śmierdzimy ropą i mamy cudowny niesmak w ustach. Za
to jest ciepła herbatka. Można sobie usiąść w ogrodzie, spłukać
wspomniany niesmak, posłuchać cykad. Można też zamknąć
wszystkie otwory drzwiowo – okienne i napawać się śpiewem cykad
w sypialni, też je słychać. No i jest tam zdecydowanie mniej
komarów.
Do
ciepłej herbatki są świeże bułeczki. Dobre bułeczki. Dużo
bułeczek. Jemy, bo jutro będziemy potrzebować dużo siły. Jemy,
bo dziś mało zjedliśmy. Jemy, bo są tanie. Jemy, bo… Co ja się
będę tłumaczył?! Jemy, bo nam smakuje! Dobranoc!
Z
nadrzecznych krzaków wychodzi Niewidzialnie Metaforyczna Komisja
Jedi–Jogi z informacją, że dziś znów nie przyznano mi tytułu
mistrza niebiańskiego spokoju. Przez te nerwy, te niepotrzebne
wykrzykniki. Przez te głupie bułeczki.
Może
i głupie, ale za to jakie smaczne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz