sobota, 24 maja 2014

3. Dzień Ostrej Jazdy.


Ryba w wodzie milczy, zwierzę na ziemi hałasuje, ptak w powietrzu śpiewa. A człowiek ma w sobie milczenie morza, zgiełk ziemi i muzykę powietrza”
Rabindranath Tagore (indyjski poeta, prozaik, filozof, malarz, kompozytor i pedagog. Człek zaiste wielu talentów, a na dodatek laureat literackiego Nobla w roku 1913 - była to pierwsza nagroda dla Hindusa i jednocześnie pierwsza dla Azjaty)



Czwarta rano, stado zrywa się z barłogów. Mniej więcej czwarta, a właściwie to sporo więcej niż czwarta, zrywanie się to taki mocno przyspieszony eufemizm, barłóg, w przypadku tego akurat hotelu to też raczej przesada, nie wspominając już o stadzie. Co to za stado , które składa się z trzech osobników? Przechodzimy na drugą stroną Gangesu (w myśl złotej rockandrollowej zasady promowanej przez moich ulubionych The Doors: „Break on through to the other side”), łapiemy autobus do Nandprayang. Żarty się skończyły, zaczęły się Himalaje i ostra jazda z trzymanką. Droga jest niezbyt szeroka, niezbyt równa, zakręty słabo zabezpieczone. Za to kierowca ma rozbujane jak i sam wehikuł ambicje i próbuje wyprzedzać wszystko co się rusza. Trzeba przyznać, że zna się na swojej robocie – w ogóle kierowcy z krajów azjatyckich wydają się być dużo lepiej przystosowani do dżungli panującej (mimo wiszącego jak miecz Damoklesa nad całą naszą cywilizacją kryzysu paliwowego) na wszystkich prawie drogach świata. Nasz kierowca jest w tej dżungli odpowiednikiem Tarzana w dżungli literackiej.
Swego czasu w Teheranie taki Tarzan wziął nas do swojej taksówki i na jednej z potwornie zatłoczonych ulic miał stłuczkę z ewidentnie własnej winy. Zapatrzył się na coś, zamyślił nad sensem życia i bum! Zatrzymał się, wybiegł z auta, a z auta poszkodowanego wysiadła kobieta. Szok kulturowy zmieszany z szokiem technicznym zupełnie odebrał naszemu Tarzanowi mowę. Zasadniczo można założyć, że szariat, prawo koraniczne, dawał mu dyspensę na co najmniej skrzyczenie, jeśli nie porządną chłostę dla kobiety - tylko dlatego, że była kobietą, wiadomo. Ale była też kierowcą, a on w nią wjechał. No ale skoro była kobietą... Co w takich sytuacjach radzi Prorok? Nasz pan Tarzan - taksówkarz nie miał dobrego dnia, widać to było na twarzy pomalowanej pięknie wątpliwościami. Nie miał dobrego dnia, zdecydowanie - nasza wesoła paczka zwinęła się bez płacenia. Choć strasznie byłem ciekaw, jak się sytuacja rozwinie, niekoniecznie mieliśmy ochotę na spotkanie z irańską policją.


Jednokierunkowa w pomniejszym irańskim mieście.

Taksówkarze to temat rzeka, każdy podróżnik zaświadczy. Przy kolejnej podróży do Indii - tak, powiem to oficjalnie, byłem w Ladakhu! - mieliśmy przygodę z w miarę uczciwym i niezbyt chciwym taksówkarzem. Brzmi jak postać mityczna, ale to prawda. Oto jadąc z centrum Delhi, z Pahar Ganj (jedne z najtańszych noclegów w mieście, z pewnością największy wybór hoteli, gdybyśmy tam sprawdzili kilka lat wcześniej!) kolega Piotruś, chłop o fizjonomii i budowie komandosa Specnazu zapomniał w taksówce swoich nowych górskich butów numer 46. 120 dolarów za sztukę buta, jeśli trafi się na 50 procentową obniżkę. Pomijając fakt, że jechaliśmy w Himalaje, gdzie takie buty są bardzo przydatne. Wysiedliśmy na lotnisku, mając kilka godzin do odlotu - chcieliśmy poaklimatyzować się w klimatyzacji, nie ukrywam, nagle Piotruś przeklął soczyście i uczciwie. A potem ruszył na Pahar Ganj. Relacja z późniejszych działań wyglądała mniej więcej tak: "Wpadam na postój taksówek i widzę: jest! Podchodzę i mówię, że zostawiłem u niego buty w aucie, a on na to, że pierwszy raz mnie widzi! Myślałem, że zatłukę!"
Tu, dla pikanterii trzeba dodać, że Piotruś czasami nosi ruski bagnet w szpanerskim i strasznie niepraktycznym nosidełku na łydce, co przy jego posturze ma swoje atuty. Świetnie sprawdza się w negocjacjach. Najlepiej, jeśli ktoś inny mówi, a Piotruś stoi za tą osobą i nic nie mówi, tylko śle przyjazne uśmiechy, co jakiś czas drapiąc się znacząco albo nawet od niechcenia w łydkę. Upusty cen gwarantowane. Upusty sprzętów (z powodu nerwowego drżenia rąk) u osoby negocjującej możliwe.
Sytuacja z butami rozwinęła się dalej - oto do Piotrusia podbiegł drugi, identyczny jak nasz kierowca człowiek. Nie dziwota zresztą, że był identyczny, skoro to był właśnie ten właściwy. Powiedział, żeby zostawić jego brata bliźniaka, bo ma buty i odda, nawet szukał nas podobno na lotnisku, ale źli ludzie pilnujący porządku kazali mu wyjeżdżać. Ucieszony Piotruś dostał buty z powrotem, wrócił raz jeszcze tą samą taksówką na lotnisko, zapłacił temu samemu taksówkarzowi z napiwkiem "zabutnym" i wszystko skończyło się dobrze. Zastanawialiśmy się długą chwilę, czy buty Piotrusia, mimo, że nieużywane, nie były atrakcyjne w związku z czym w upalnym klimacie byłyby problemy ze znalezieniem kupca na taki towar, czy decyzja o zwrocie butów była podyktowana tarmoszeniem brata. Czy może taksówkarz bliźniak był naprawdę uczciwy? Przecież takie ewenementy jak uczciwi taksówkarze też się zdarzają.
Swoją drogą mógł wtedy zajść jeden z tym bliźniaczych paradoksów, o których piszą w książkach - tarmoszony brat mógł przekazać telepatycznie swoje tarmoszenie. O ile w ogóle można mówić o tarmoszeniu, tak naprawdę. Piotruś jest łagodny jak baranek i mógł fantazjować w swojej opowieści.


Tymczasem jazda z trzymanką trwa, przy drodze co jakiś czas stoją tablice z wypisanymi mądrościami ludowymi dotyczącymi motoryzacji jako takiej – i to, jak wszystkie porządne mądrości ludowe – do rymu! Rewelacja. Na przykład: „Three enemies of the road – liquid, speed and overload”. Dla zabawy i rozczmuchania się ze snu próbuję sobie tłumaczyć te hasła, w powyższym na przykład wychodzi mi oszczędnościowo dwóch zamiast trzech wrogów: „Dwaj wrogowie auto – tras: ciężar i dawanie w gaz”. Dwóch wrogów i sporo dwuznaczności, to lubię… „Speed thrill but kill” (wykształceni angliści zwrócą pewnie uwagę na błędy w odmianie czasownika – dla literatury faktu zachowałem pisownię oryginalną) – „Prędkość nęci, ale kęsim”. Spodobała mi się ta gimnastyka lingwistyczna, więc działałem dalej, coraz mniej zwracając uwagę na wierność przekładu, a bardziej skupiając się na formie. „Hurry makes worry” przeszło jako „Nie spiesz się Harry po wory” (transport towarów w workach jest tu bardzo popularny) a „This is highway not runway” staje się „prociam panowym” (jak w serialu "Zmiennicy" - "prociam pan, duży niebieski toreb" i inne cytaty z "karateką z Trzeciego Świata") „To droga krajowa nie pasa startowa”. Swoją (znów ten nomen omen) drogą highway oznacza z grubsza biorąc autostradę, co kłóci się zdecydowanie z jakością naszej trasy, acz po rozłożeniu słowa na czynniki pierwsze high i way mamy „wysoką drogę”, co w zasadzie w przypadku Himalajów jest w pełni, hm, wysoce (!) uzasadnione.
O jakości dróg nie będę wspominał, bo jestem z Polski, nie wypada narzekać i cudze ganić, znając swoje.
Indyjskie pojazdy drogowe charakteryzujące się wspomnianym wcześniej nietypowym rozwiązaniem technologicznym – połączeniem silnika i klaksonu (przypominam, brak stałego dopływu dźwięku z klaksonu powoduje natychmiastowe zgaśnięcie silnika), stale przypominają o konieczności jazdy na włączonym klaksonie i wszystkie ciężarówki mają z tyłu namalowany napis „Horn please!”. Dbają o swoich współużytkowników drogi. Prawdę rzekłwszy, ma to sens, żeby trąbić przy mijaniu, ostrzec, być może obudzić kierowcę mijanego auta. Poza tym dać znak jadącym z naprzeciwka na tej wąskiej górskiej drodze. Zaprawdę, gdyby to był mój autobus, to bym się bał, że spadnie w przepaść z tego czy innego powodu. Jak przetłumaczyć „Horn please!”? „Trąb se!”? Horn to też róg, więc może, wydłużając nieco frazę: „Spróbuj dorobić mi rogi, baranie!”. Zauważcie, że gdyby z ostatniego hasła usunąć przecinek, stałoby się ono dużo bardziej zakręcone (rzec by się chciało, że jak wspomniane rogi) i nabrałoby zupełnie innego wydźwięku. "Spróbuj dorobić mi rogi baranie!"
Najprostszy i najdokładniejszy wydźwięk ma "trąb!". Tryb rozkazujący. I wszystko jasne.
Tak, wydźwięku jest wciąż bardzo wiele dookoła i z innych kierunków świata. Horn please! Po jakichś siedmiu godzinach jazdy przeskakujemy w Nandprayang w autobus do Ghat. Ghat to w Hindi schodek, stopień… Wydedukowałem, czytając o ghatach prowadzących do Gangesu w Waranasi. Zresztą po obu stronach Półwyspu Indyjskiego są góry Ghaty – takie niby metaforyczne schody schodzące do morza. Wschodnie i Zachodnie. Które są które – to już zostawiam jako zagadkę mistrzom geografii stosowanej. A nasze miasteczko Ghat leży na końcu wąskiej drogi nad urwiskiem. Fajnie się jedzie (tak jest, nie zapeszać, zaklinać dobre duchy! Fajnie się jedzie! Fajnie się jedzie!) – o ile nie myśli się o odległości kół autobusu od przepaści. To czasami całkiem ciekawie wygląda – autobus jest tak blisko krawędzi, że patrząc przez okno widzi się pod sobą tylko tak zwaną lufę – na jakieś 50 – 60 metrów w dół do rzeki. Wystarczy, żeby sobie trochę polatać. I stoczyć się na samo dno z odpowiednim hukiem. Wyjątkowo bardziej dosłownie niż w przenośni.


Dojechaliśmy. Stajemy twardo na nogach. Bagaż na plecy… Cholera, wylała się ropa. Kanisterek jest przykładem tak zwanej oksymoronicznej „hinduskiej jakości”. Przelewamy ropę do butelek po wodzie (Coca Cola Company, to nie ma prawa przeciekać!) i szukamy miejsca na noc. Po dłuższej – krótszej chwili (czymże jest czas w obliczu wieczności ja się przy tej okazji zapytuję?) znajdujemy domek dla turystów, bardzo przyjemne miejsce nad rzeką, otoczone ogrodem i murem. Cisza? Spokój? Skądże. Ale tym razem sprawcą rumoru nie jest muzyka klaksonów i silników. W tym przypadku to sama natura – rzeka Nandakini i owady. Przypomina mi się rysunek jednego z moim zdaniem najwspanialszych humorystów na naszej planecie – Amerykanina Gary’ego Larsona: na Arce Noego ktoś napisał wielkimi literami: „Powiedzcie cykadom, żeby się zamknęły!”. Ano właśnie. Co? Ano właśnie! Co?! Ano właśnie powiedziałem!!! Ano właśnie pytam, co powiedziałeś, bo nic nie słychać!!!


Coraz mniej ludzi mówi po angielsku – ale to żaden problem, bo i tak przecież mało słychać, no nie? Co?! Ech, starczy już tych dowcipów rodem z przedszkola. Blacha chodzi i niestrudzenie tropi ameby – a tutaj, zważywszy na czystość knajp, zdają się występować bogate tejże skupiska. Jednak jeść trzeba, knajpa jest odrapana niemalże artystycznie, ale ciapati z ziemniaczkami w sosie całkiem smaczne. Do popicia pepsi… To taki paradoks ciepłych krajów, że mimo świadomości, że to brązowe, (względnie żółte, pomarańczowe, rażąco zielone tudzież różowe) jest tylko zestawem literek z Tablicy Mendelejewa z dodatkiem wody z kranu, to na widok oszronionej plastikowej butelki tegoż kolorowego płynu czuję przemożną chęć nabycia drogą kupna. Czy to upał obniża sprawność mózgu? Niewątpliwie. A może soczek? Może mleczko? Też dobre… ale to Wściekle Brązowe Słodkie Niezdrowe Ale Za To Jakie Zimne lepsze. Dlaczego? To pewnie ta prowokująca słodkość i niezdrowość. Po powrocie do Polski będę nienawidził sam siebie, już to czuję. Zresztą w ciepłych krajach moja świadomość ekologiczna ulega niebywałemu przytępieniu – na przykład ni stąd ni zowąd nagle staję się zdecydowanym zwolennikiem freonowych urządzeń klimatyzujących (w odwiedzanych przez nas indyjskich przybytkach takowych nie spotkałem. Tutaj najczęściej stosuje się śmigła mieszające powietrze u powały. Na szczęście?), które tak skutecznie niszczą powłokę ozonową. Ogólnie robi się z tego perpetuum mobile napędzające z jednej strony efekt cieplarniany, a z drugiej producentów klimatyzacji – im więcej freonu, tym cieńsza powłoka ozonowa, im cieńsza powłoka, tym cieplej, im cieplej, tym więcej urządzeń z freonem. I tak dalej.
To niewątpliwie jakiś spisek masoński, albo makdonaldzki. Nie może inaczej być. Cykliści też pewnie maczali w tym swoje brudne pedały (tu przezornie przepraszam mniejszości seksualne, nie miałem nic złego na myśli, a napisałem tak, bo nie mam wyrobionego poczucia poprawności politycznej).
Dookoła góry, góry i góry. A w Ghat dzieci, dzieci i dzieci. Chcą rupie, rupie i rupie. Jak to dzieci. Robimy zdjęcia. Dzieci pozują, najczęściej w postawie zasadniczej na baczność. Jak to dzieci. Może miarą postępu cywilizacyjnego jest sposób zachowania się przed obiektywem? Jak już zaczną się wygłupiać przed aparatem czy inną kamerą, czy to będzie znaczyć, że można próbować sprzedać im niejakiego Romka G. (były polityk z partii o być może na szczęście nierozpoznawalnym już skrócie LPR) jako ministra edukacji? E, bez przesady, tego mogliby nie przetrzymać. Zresztą aż tak mi nie podpadli.
Dzieci lubią patrzeć. No to teraz wstawka wujka gawędziarza(do opowiadania w przysłowiowe długie jesienne wieczory przy kominku ewentualnie przy innym alkoholu, z odpowiednim, załamującym się i lekko ochrypłym tembrem głosu): kiedyś w Meksyku, po zejściu z Pico de Orizaba od tak zwanej tylnej strony, która turystów nie widuje zbyt często (i vice versa oczywiście), trafiliśmy do wioseczki, która mogła zwać się Xometla, o ile pamięć jest mniej zawodna niż sprawia wrażenie. Zmęczeni, głodni i brudni (tego dnia zaliczyliśmy szczyt wulkanu z potężnym kraterem na 5700 m n.p.m. i zrobiliśmy w jakieś 6 godzin dół tyle drogi, co w poprzednie bite dwa dni do góry) szukaliśmy noclegu, pytając nawet w kościele. Skierowano nas do "budynku przy szkole". Szukaliśmy i znaleźliśmy. Szkoła to był jednoizbowy budynek przypominający malutki sklep GS w bardzo oddalonej od cywilizacyjnych rozkoszy wsi w Beskidach albo na Pomorzu. Dawno nie remontowany zresztą. Budynek przy szkole był szopą z dużymi przerwami między deskami.
Nie wybrzydzaliśmy, przecież oni też mieszkają w takich domkach. Zresztą na tej zbitej z dech budzie wisiał napis, że jeśli ktoś się tam osiedli, to zostanie przeciw niemu podjęta natychmiastowa akcja wysiedleńcza. To tak na dowód, że nasze lokum potencjalnie mogło być dla kogoś atrakcyjne.

 

Pico de Orizaba - widok z Ixtacihuatl.

Szkoła to też prawdziwa – nomen omen – buda. Tak się mówiło, no nie? Idziemy do budy... Edukacja to skarb, mówili. Ci biedni ludzie nie mają dostępu do blasku kaganka oświaty. Pół biedy, że akurat były wakacje, więc dzieci, pewnie z nudów, przyszły całą grupą, stanęły wokół nas i nic nie mówiły.
Ciągle ich przybywało.
Nie pierwszy i nie ostatni raz czułem się jak bohater któregoś z horrorów Stephena Kinga.
Nie, dzieci tylko patrzyły. W takich krajach trzeba się na to uodpornić. Ty sobie spokojnie otwierasz konserwę, a oni niech się gapią. Nie raz pytałem, czego chcą, po to właśnie przydaje się nauka języka. „Niczego”. „No to czemu tak stoicie?”. Wzruszenie ramion. No tak, przecież to oczywiste. Jasne jak słońce. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem?
Z nudów co prawda rodzą się patologie i chuligaństwo, ale z drugiej strony podróże kształcą - niekoniecznie trzeba samemu ruszyć w podróż, można też popatrzeć, jak podróżują inni. To też ma wpływ, wiem, bo studiowałem turystykę i mówili nam o interakcji między zwiedzającym i zwiedzanym na socjologii turystyki. "Tato, czy ten pan musi się tak męczyć? Tak, przecież to turysta synku". No właśnie.

Wakacyjny męczennik”

Znów pojedziemy do Chorwacji
Wezmę walizek sześć i ręcznik
Posmakujemy znów wakacji
I znowu się umęczę

Korek na autobahnie w Muenchen
Żona łkać będzie, dziecko jęczeć
Wciąż wierząc, że się kiedyś wyśpię
Porządnie się umęczę

Na plaży tłok niby w New Yorku
Miast się położyć, będę klęczał
Albo lać będzie znów od wtorku
Ależ ja się umęczę

Znów mi przyniosą wstyd rodacy
Dezynfekując się wewnętrznie
Ja z nimi… cóż, odpocznę w pracy
Dziś chętnie się umęczę

Fiat zrobi siad na autobahnie
Zholują go nad wyraz zręcznie
Naprawią. Chętnie. Niezbyt tanio
Umęczę się? Umęczę!

Stop wizjom już defetystycznym
Czas zacząć urlop mój doroczny
Pod hasłem wręcz optymistycznym
Umęczę się a odpocznę!

Wieczorem odpalamy złote Ufo na ropę, żeby sprawdzić, czy w ogóle nadaje się do użytku. Ogólna odpowiedź brzmi: tak, tyle że jesteśmy cali upaprani, śmierdzimy ropą i mamy cudowny niesmak w ustach. Za to jest ciepła herbatka. Można sobie usiąść w ogrodzie, spłukać wspomniany niesmak, posłuchać cykad. Można też zamknąć wszystkie otwory drzwiowo – okienne i napawać się śpiewem cykad w sypialni, też je słychać. No i jest tam zdecydowanie mniej komarów.
Do ciepłej herbatki są świeże bułeczki. Dobre bułeczki. Dużo bułeczek. Jemy, bo jutro będziemy potrzebować dużo siły. Jemy, bo dziś mało zjedliśmy. Jemy, bo są tanie. Jemy, bo… Co ja się będę tłumaczył?! Jemy, bo nam smakuje! Dobranoc!
Z nadrzecznych krzaków wychodzi Niewidzialnie Metaforyczna Komisja Jedi–Jogi z informacją, że dziś znów nie przyznano mi tytułu mistrza niebiańskiego spokoju. Przez te nerwy, te niepotrzebne wykrzykniki. Przez te głupie bułeczki.
Może i głupie, ale za to jakie smaczne.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz